Arkonia - Polska Korporacja Akademicka
 
> Strona główna > Czytelnia > Biuletyn Arkoński > nr 37


Biuletyn Arkoński nr 37 - spis treści


•  

Artykuł redakcyjny - Bartłomiej Kachniarz

•  

Część oficjalna - składy prezydiów, pogrzeby, śluby

•  

Odrodzenie - fil. Roman Sroczyński

•  

Spotkanie w Malcu - Tomasz Mering

•  

Rys biograficzny - fil. Mirosław Ostromęcki

•  

Wspomnienie o fil. Janie Gębickim (1917-1984) - fil. Wojciech Nielubowicz

•  

Tyszki i trochę historii - fil. Zbigniew Jan Tyszka

•  

Imprezy arkońskie w roku 2000 - Bartłomiej Kachniarz

•  

Przemówienie kol. Łukasza Wojdygi wygłoszone podczas nabożeństwa żałobnego za dusze śp. filistra Jana Schielego

•  

"Narody są nieśmiertelne" - Andrzej Szeptycki

•  

Drobiazg - Bartłomiej Kachniarz

•  

List fil. Jana Podoskiego do Andrzeja Wajdy

•  

Gdy w żyłach Rysia Manteuffla polska krew zagrała... - fil. Adam Tokarski

•  

Listy z Argentyny - "Biuletyn Arkoński" nr. 3, z 1949 r.




Artykuł redakcyjny


Drodzy Czytelnicy!

Nowy Biuletyn Arkoński, chce się rzec, bogaty w treści. Proponujemy ostatnią część szczegółowej historii powojennej Arkonii, pióra fil. Romana Sroczyńskiego. O ile poprzednie odcinki były w tonie raczej minorowym, ten kończy się szczęśliwie. Mam nadzieję, że nikt nie będzie mi miał za złe, że zepsułem suspens. Przedstawiamy też rys autobiograficzny niedawno zmarłego fil. Mirosława Ostromęckiego, oficera NSZ. Fil. Wojciech Nielubowicz wspomina fil. Józefa Gębickiego, lekarza, przyjaciela rodziny Nielubowiczów. Prezes Związku Filistrów Zbigniew Tyszka opowiada o swoich przodkach, których związki z Arkonią były więcej niż ścisłe.

Ze spraw bieżących - zestawienie imprez roku 2000, a było ich sporo, sprawozdanie kol. Tomasza Meringa z uroczystości ku czci fil. Stefana Jasieńskiego w miejscowości Malec, i przemówienie kol. Łukasza Wojdygi nad trumną fil. Jana Schielego w Londynie. Niestrudzony fil. Adam Tokarski wspomina przedwojenną przygodę, którą z fil. Ryszardem Manteufflem przeżył wśród burszów niemieckich, a kol. Andrzej Szeptycki ustami gen. Charlesa de Gaulle'a stwierdza, że narody są nieśmiertelne.

Z eksperymentów - hitoryczna już wymiana korespondencji pomiędzy fil. Janem Podoskim a reżyserem Andrzejem Wajdą, dotycząca filmu "Wielki tydzień" oraz listy fil. Andrzeja Balińskiego z Argentyny. To ostatnie to przedruk z "Biuletynu" numer 3, z 1949 r. Z nowych pomysłów - komiks korporacyjny z przymrużeniem oka, narysowany brawurową kreską kol. Tomka Rojka.

Daje się zauważyć wyraźną dominację wątków historycznych. To w sumie ciekawe, że w czasie, kiedy przeżywamy kolejny "kryzys wzrostu", kiedy przenosimy się na nową kwaterę i szukamy nowych form pracy społecznej, nasze spojrzenie skierowane jest wstecz. Nie wątpię, że znajdziemy tam mądre wskazówki na przyszłość, ale już czas, żeby zacząć te wskazówki odczytywać i twórczo interpretować.

Zapraszam do lektury i do przysyłania artykułów.

Bartłomiej Kachniarz (cetus 1995)



spis treści ↑


Część oficjalna


1. Skład Zarządu Związku Filistrów Arkonii

Prezes: Zbigniew Jan Tyszka
Wiceprezes: Stefan Bekir Assanowicz
Wiceprezes: Jerzy Mycielski
Sekretarz: Aleksander Gubrynowicz
Skarbnik: Paweł Jakubowski

2. Skład Prezydium Korporacji Akademickiej Arkonia

Prezes: Andrzej J.R. Szeptycki
Wiceprezes zewnętrzny: Bartłomiej Kachniarz
Wiceprezes wewnętrzny: Szymon Kachniarz
Sekretarz: Konrad Brywczyński
Skarbnik: Marcin Staszewicz

3. Olderman: Wojciech Klata

4. Zmarli:

Jan Nielubowicz - 2 lutego 2000 r. w Warszawie
Mirosław Ostromęcki - 30 marca 2000 r.w Warszawie
Tadeusz Tabor - 13 kwietnia 2000 r. w Warszawie
Jan Schiele - 22 września 2000 r. w Londynie

5. Śluby:

Jerzy Kurella z Agnieszką Kędzierską, 28 października 2000 r. w kościele pw. św. Marcina
Witold Trzeciakowski z Edytą Bogdanów, 22 października w Częstochowie, na Jasnej Górze

6. Stan osobowy:

W dniu 1 stycznia 2001 r. Związek Filistrów liczył 59 członków. Korporacja liczyła 27 członków, w tym: 21 barwiarzy (4 na urlopie) i 6 fuksów.



spis treści ↑


Odrodzenie
Rys historyczny Arkonii 1945-1990


Poczynając od roku 1980-go wznowiono organizowanie co roku kolejnych regularnych komerszów, przedtem (oczywiście poza Mszą św.) "zaznaczanych" jedynie skromnymi towarzyskimi zebraniami. Lokale były różne: raz było to mieszkanie fil. K. Świętorzeckiego w Zalesiu, raz sala stow. PAX, dwukrotnie, podobnie jak w 1959 r. (ze zrozumiałych względów ostrożności w obliczu obowiązującego wówczas w kraju "stanu wojennego") obchodzono je w rozproszeniu, przez pięć kolejnych lat (1984-88) letniskowy dom fil. fil. Z. Karnkowskich w Runowie k/Piaseczna i jeden raz (1989 r.) ofiarował swoje mieszkanie kol. I. Wilski. Odtąd wszystkie kolejne komersze odbywały się, aż do dnia dzisiejszego, w rozmaitych lokalach PAX-u, udostępnianych nam przez jednego z dyrektorów tej instytucji, a zarazem Weletę, filistra Kazimierza Augustowskiego, który tym samym zasłużył sobie na naszą ogromną wdzięczność. Z innych imprez, tym razem o charakterze wybitnie towarzyskim, obchodzono również regularnie przez wszystkie te lata Bożenarodzeniowe "rybki", korzystając z gościnności m.in. kol. kol. Zb. Leśniowskiego, J. Olizara, D. Dowgiałły, I. Wilskiego i K. Nowickiego. Szczególną, jubileuszową oprawę dano rocznicowym obchodom ll0-ciolecia, zapraszając, po mszy św., na lampkę wina wszystkich dostępnych członków (i członkinie) najszerzej pojętej Rodziny Arkońskiej. Udział wzięło około 60-ciu osób, a lokal (swoje mieszkanie) udostępnił fil. Zb. Leśniowski.

Po obchodach l00-lecia w składzie "aktywu" Arkonii nastąpiły zmiany. Ze względu na wiek i stan zdrowia ustąpił fil. A. Domański i przewodnictwo po nim objął, z wyboru, fil. R. Sroczyński, z którym, jako stali członkowie, współpracowali fil. fil. Zb. Leśniowski, E. Ruszczyc, Z. Karnkowski i J. Ostrowski, a ponadto, w miarę wyłaniania się istotnych dla Stowarzyszenia zagadnień i wynikających stąd potrzeb, zasięgano opinii również innych kolegów, w tym przede wszystkim, traktując ich jako seniorów, fil. fil. Adama Domańskiego, Mieczysława Chodakowskiego, Michała Mazurkiewicza i Stefana Wilskiego.

Rok 80-ty dał początek odradzaniu się Arkonii. Zgłosili się do fil. Leśniowskiego trzej filistrowicze, Maciej Domański, Jan Olizar oraz Witold Trzeciakowski, prosząc o rozmowę, w wyniku czego w mieszkaniu fil. Leśniowskiego odbyło się spotkanie, w którym poza w.w. i gospodarzem ze strony filisteriatu wzięli udział fil. fil. Michał Mazurkiewicz i R. Sroczyński. Przybyli trzej, synowie Arkonów zadeklarowali pragnienie oraz gotowość kontynuowania działalności Arkonii w następnym, t.zn. w ich pokoleniu, a w toku dyskusji, na zwróconą im uwagę na konsekwencje (praktycznie biorąc niegroźne już dla starszego pokolenia, jako w przygniatającej większości emerytów, natomiast w pełni niebezpieczne dla nich, jako zawodowo czynnych i mających rodziny na utrzymaniu) na jakie przystąpienie do niedozwolonej organizacji może ich narazić ze strony władz komunistycznych, oświadczyli, że sprawę mają przedyskutowaną w szerszym gronie filistrowiczów, zdają sobie sprawę z ogólnej sytuacji, ale pomimo to uważają, że do przerwania tradycji Arkonii nie wolno dopuścić.

Stanowisko ich, a raczej wniosek, trzej filistrzy zreferowali na specjalnie zwołanym w mieszkaniu fil. Sroczyńskiego zebraniu wszystkich osiągalnych w danym czasie Arkonów, na którym temat poddano szerokiej dyskusji. W jej wyniku, widząc w tym konkretną szansę przedłużenia życia Arkonii poza granice wieku aktualnego filisteriatu, postanowiono wyjść naprzeciw żądaniu "młodych" z tym, że

- dla zwiększenia gwarancji dochowania tajemnicy, do Stowarzyszenia przyjmowani będą jedynie kandydaci bezpośrednio związani z Arkonią węzłami rodzinnymi,

- pokładając nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy będzie możliwe odbudowanie Arkonii jako organizacji akademickiej, filisteriat postrzega aktualnie przyjmowanych kolegów jako pokolenie pośrednie między starą Arkonią i przyszłą młodzieżą studencką, której przekażą legat ideologii Arkonii i jej ponad l00-letniej tradycji, oraz

- z uwagi na to, że zgłaszający się kandydaci dawno wyszli już z wieku, który można by było określić jako młodociany, zajmują w życiu odpowiedzialne stanowiska i w znacznej większości mają pozakładane rodziny, uzyskiwać będą, z chwilą przyjęcia ich do Stowarzyszenia, pełne prawa filistrów Arkonii.

Jednocześnie, dla stworzenia "młodym" jak najdalej idącej osłony przed ew. niepożądanymi konsekwencjami, przyjęto dla Stowarzyszenia kryptonim "Rodziny Arkońskiej", jako luźnego związku, do którego automatycznie wchodziliby, jako rodzinnie powiązani z Arkonami starszego pokolenia.

Opracowano rotę "deklaracj", składanej przez kandydatów w chwili ich przyjmowania i ostatecznie w maju 1982 r., na pamiętnym kole komerszowym l03- lecia, odbytym w mieszkaniu fil. Zb. Leśniowskiego, przyjęto do Stowarzyszenia, po 38-letniej przerwie, pierwszych dziesięciu nowych członków. Byli nimi synowie, wnuk i zięciowie Arkonów, a mianowicie: Dominik Dowgiałło, Jan Koszur, Andrzej Karnkowski, Jacek Leszczyłowski, Henryk Manteuffel, Krzysztof Nowicki, Jan Olizar, Andrzej Ostromęcki, Witold Trzeciakowski i Zbigniew Tyszka. Tym samy zrobiony został pierwszy wyłom!

Następne lata przyniosły Arkonii dalszy wzrost liczby jej członków. W 1985-tym roku przyjęty został kol. Adam Gumiński, w 86-tym filistrowicze: Maciej Bartmański i Piotr Siemieński, i w 86-tym Ferdynand Ruszczyc, Jan Skotnicki oraz Ignacy Wilski, w 89-tym Maciej Ostrowski, a w 90-tym Wojciech Nielubowicz oraz Antoni i Michał Sosnkowscy. Przez cały ten czas podstawową troską kolejnych Prezydiów (w 1986-tym roku przewodnictwo "aktywu" objął fil. Ludwik Karnkowski, współpracowali z nim fil. fil. Tadeusz Skarzyński, Edward Ruszczyc i Jan Ostrowski) było doprowadzenie do pełnej integracji nowoprzyjmowanych w ramach Stowarzyszenia oraz stworzenie warunków dla zawierania między nimi prawdziwie arkońskich przyjaźni. Służyły temu celowi m.in. organizowane comiesięczne spotkania, na których poszczególni młodzi koledzy mówili o swoim życiu i pracy, interesujące prelekcje na rozmaite tematy wygłaszali filistrzy (np. fil. prof. J. Nielubowicz o stanie polskiej medycyny, fil. prof. Jan Podoski o organizacji wojennej radiowej i lotniczej łączności między Londynem i krajem), lub zaproszeni goście, w tym także Polonusi, Weleci i Jagielloni. Częstszym niż comiesięcznym spotkaniom, poza rodzinnymi obowiązkami kolegów ograniczającymi swobodę dysponowania czasem, stwarzał skuteczną przeszkodę brak kwatery, z czym przez wszystkie kolejne lata toczono bezskuteczną walkę. Zawodziły starania o odzyskanie tytułu własności do posesji na Wilczej 60, gdzie w miejscu zburzonej oficyny można by było próbować postawić choćby prowizoryczny barak, zawiodły wszelkie inne próby i siłą rzeczy, tak jak przedtem, wszystkie arkońskie zebrania odbywały się w prywatnych mieszkaniach kolegów. Najważniejsze jednak było i ducha dodawało to, że Arkonia, choć tymczasem tylko filisterska, nie tylko żyła, ale się i rozwijała.

Tymczasem w kraju zaczął się coraz wyra.niej dawać odczuć nowy, ożywczy powiew. "Solidarność" rosła w siłę, którą komunistyczny reżim coraz wyraźniej tracił. Uzewnętrzniało się to w rozmaity sposób, jak np. - rzecz niedawno niewyobrażalna - utworzeniu na bocznej, zewnętrznej ścianie kościoła św. Karola Boromeusza na Powązkach "ściany pamięci" ofiar Katynia, Kozielska, Starobielska, Ostaszkowa i innych obozów w Związku Sowieckim. W akcji tej wzięła udział również Arkonia, a mianowicie na Kole Komerszowym 1985-go roku powzięto uchwałę i w marcu 1986 na tejże ścianie, jednocześnie z Polonią, Welecją i Jagiellonią, przy licznym udziale kolegów i ich rodzin, dokonano uroczystego poświęcenia wmurowanych pamiątkowych tablic, w tym 14-tu pomordowanych i 7-miu zaginionych na Wschodzie Arkonów.

Zmiany szły, nadzieje rosły, ale pomimo to w społeczeństwie pomnym doświadczeń kilkudziesięciu ostatnich lat wciąż wyczuwało się niepewność co do ostatecznego politycznego ich wyniku. W tej sytuacji zrodziło się wśród młodych Arkonów pytanie jaką postawę w obliczu toczących się wydarzeń, uwzględniając wymóg apolityczności, powinna zająć Arkonia. Powołany na Kole Komerszowym 86-go roku zespół (w pracach którego wzięli udział fil. fil. T. Skarzyński, B. Skotnicki, Z. Karnkowski, Zb. Ześniowski i R. Sroczyński) przystąpiła do pracy i w wyniku wielu dyskusji opracował wykładnię, która na następnym Komerszu została przyjęta przez Koło jako "Deklaracja Ideowa Arkonów".

W tle poważnych wypadków kronikarz nie może pominąć imprezy lżejszego autoramentu, jaką była zorganizowana w "ostatki" roku 90-go, w lokalu Polskiego Związku Łowieckiego, wieczornica Arkonii. Nawiązując do przedwojennej tradycji paniom, którym przy wejściu wręczono skromne bukieciki kwiatów, zapewniono wstęp wolny, orkiestrę Różewicza czy Kwiecińskiego zastąpił adapter, imprezę zainaugurowano lampką szampana i dalej, przy winie i czarnej kawie młodzież arkońska oraz jej zaproszeni goście bawili się do godz. 12-tej, kiedy zabawę zamknięto. Nie udało się tylko dochować tradycyjnej daty 1-go lutego!

Tymczasem wypadki polityczne nabrały tempa i stało się to, na co wszyscy czekaliśmy 45 lat. W wyniku wyborów komunizm definitywnie upadł, przyszła, daleko idąca liberalizacja przepisów prawnych i powstała szansa uzyskania pełnej legalizacji Stowarzyszenia.

Na posiedzeniu Koła w dniu 17-go marca, po długiej dyskusji, członkowie Arkonii uznali za celowe dokonanie rejestracji Stowarzyszenia, mając przede wszystkim na widoku powołanie w przyszłości czynnej Arkonii, jako międzyuczelnianej organizacji studenckiej. Wyłoniono Komitet Założycielski "Stowarzyszenia Arkonia" w składzie: fil. fil. Zdzisław Śliwiński, Edward Ruszczyc, Jan Ostrowski i Ludwik Karnkowski, przedyskutowano projekt statutu (opracowany przez przyszłego Arkona, a będącego wówczas jeszcze tylko kandydatem do Stowarzyszenia, kol. mec. Antoniego Sosnkowskiego) dostosowany do wymogów obowiązującego nowego Prawa o Stowarzyszeniach i w dniu 30-go marca 1990 r. Komitet j.w. złożył w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie wniosek o za rejestrowanie "Stowarzyszenia Arkonia", załączając statut oraz listę 25-ciu założycieli - żyjących w Kraju członków Związku Filistrów Arkonii.

Zarejestrowanie Stowarzyszenia przez Sąd nastąpiło 11-go maja 1990 r. co, poza samym historycznym dla nas faktem, było okolicznością bardzo fortunną ze względu na zaplanowany na dzień 20-go maja termin Komerszu Arkonii.

W dniu tym, na Komerszu będącym jednocześnie Walnym Zgromadzeniem "Stowarzyszenia Arkonia", przyjęto uchwałę o przyjęciu w poczet członków Arkonii wszystkich członków Związku Filistrów Arkonii żyjących poza granicami kraju, oraz nowych członków, rekrutujących się spośród najbliższych członków rodzin Arkonów. Tym samym odrodzona organizacja osiągnęła znaczącą liczbę 63 członków.

Dokonano też wyboru władz Arkonii: prezesem został fil. Zdzisław Śliwiński, wiceprezesem fil. Ludwik Karnkowski, sekretarzem kol. Ferdynand Ruszczyc, skarbnikiem fil. Jan Ostrowski, a członkami Zarządu kol. Andrzej Ostromęcki i fil. Edward Ruszczyc. Tym samym w skład Prezydium weszło dwóch przedstawicieli młodszego pokolenia.

ARKONIA WESZŁA W NOWY ETAP SWOJEJ HISTORII.

Opracował
Roman Sroczyński (cetus 1930)
Warszawa, maj 1993



spis treści ↑


Spotkanie w Malcu



Obchody w Malcu
(fot. Autor)

Tablica ku czci S. Jasieńskiego
(fot. Autor)

W dniach 17-18 czerwca 2000 r. we wsi Malec (powiat oświęcimski, województwo małopolskie) odbyły się uroczystości związane z wmurowaniem tablicy pamiątkowej poświęconej śp. filistrowi Stefanowi Jasieńskiemu. Delegacja "Arkonii" w składzie: kol. Tomasz Mering (wówczas wiceprezes korporacji) oraz fuks Paweł Nowakowski wzięła udział w drugim dniu obchodów.

Miejscowość Malec, licząca obecnie 1200 mieszkańców jest ściśle związana z ostatnim etapem życia śp. fil. Stefana Jasieńskiego, uczestnika kampanii wrześniowej oraz walk we Francji w 1940 r., który po kapitulacji wojsk sprzymierzonych na kontynencie europejskim ewakuował się do Anglii. Wiosną 1943 r. Stefan Jasieński został zrzucony do okupowanej Polski jako skoczek spadochro- nowy - "cichociemny". Posługiwał się pseudonimem "Urban". Na polecenie Komendy Głównej AK w Warszawie prowadził latem 1944 r. działalność wywiadowczą pod Oświęcimiem, współuczestnicząc w przygotowaniach do wybuchu powstania i uwolnienia więźniów KL Auschwitz siłami Okręgu Śląskiego AK. Pod koniec września tegoż roku został schwytany przez hitlerowców w Malcu i osadzony w obozie w podziemiach "Bloku Śmierci". Na początku stycznia 1945 r. zginął w obozie w niewyjaśnionych okolicznościach. Tak oto wspomina moment aresztowania śp. filistra Jasieńskiego mieszkaniec Malca, a w czasie wojny członek organizacji niepodległościowej: - Wracaliśmy z konspiracyjnego spotkania, szliśmy we dwóch środkiem drogi w pobliżu kapliczki (tej samej, w której została wmurowana tablica), zupełnie nie przewidując spotkania z Niemcami. Z naszych informacji wynikało, że teren jest "czysty". Por. Jasieński szedł z przodu, ja kilka kroków za nim. Nagle, do dziś nie wiadomo skąd, wyrósł przed nami oddział hitlerowskiej żandarmerii. Skoczyłem w kierunku przydrożnych krzaków, dzięki czemu udało mi się uciec. Por. Jasieński nie miał tyle szczęścia. Bezradnie obserwowałem, jak zabrano go rannego (został postrzelony podczas próby ucieczki) w nieznanym kierunku.

Pomysł wmurowania tablicy pamiątkowej zrodził się wśród mieszkańców Malca zrzeszonych w Komitecie Obchodów Milenijnych. Ludzie ci pragną zachować pamięć o bohaterach walki o niepodległość. Na uroczystości zostali zaproszeni przyjaciele zmarłego oraz wszyscy ci, którzy byli zaangażowani w rozwikłanie tajemnicy jego śmierci (przez wiele lat po wojnie miejsce śmierci fil. Stefana Jasieńskiego pozostawało nieznane). Zaproszenie otrzymał m.in. fil. Roman Sroczyński, wieloletni przyjaciel fil. Jasieńskiego, dr Adam Cyra z Państwowego Muzeum w Oświęcimiu, który odkrył, że miejscem kaźni zmarłego była cela nr 21 w Bloku Śmierci, pułkownik Stefan Starba Bałuk - Cichociemny, świadek wojennych losów Stefana Jasieńskiego (razem odbyli przeszkolenie w Szkocji przed zrzuceniem do okupowanej Ojczyzny). Tablicę ufundował oddział sił specjalnych "Grom".

Główne obchody rozpoczęły się 17 czerwca tj. w niedzielę o godz. 10 rano uroczystą mszą świętą w kościele w Malcu w intencji śp. por. Stefana Jasieńskiego z udziałem chóru i orkiestry dętej, a także licznie zebranych mieszkańców wsi i okolic. Wśród przybyłych pocztów sztandarowych zabrakło niestety sztandaru "Arkonii", dla którego organizatorzy przewidzieli zaszczytne miejsce. Jako swoje usprawiedliwienie możemy jedynie przypomnieć, że był to czas sesji egzaminacyjnej. W tym miejscu chciałbym podkreślić fakt, że delegacja Arkonii została przyjęta bardzo serdecznie przez mieszkańców Malca. Wielokrotnie wyrażano również żal, że ze względu na nienajlepszy stan zdrowia na uroczystości nie mógł przybyć fil. Roman Sroczyński.

Następnie zebrani przemaszerowali do kaplicy, gdzie miało miejsce uroczyste odsłonięcie tablicy pamiątkowej. Kaplica w Malcu jest miejscem historycznym, które świadczy o patriotyzmie i religijności mieszkańców wsi. Wybudowana ok. 1850 r., w miejscu, gdzie w czasach epidemii, kilka lat wcześniej pochowano 174 zmarłych, podczas ostatniej wojny kapliczka służyła jako miejsce spotkań konspiracyjnych. W ołtarzu znajduje się nieznanego pochodzenia obraz Najświętszej Marii Panny Oczyszczenia, czyli Matki Boskiej Gromnicznej. Podupadła w latach powojennych kaplica, została niedawno odrestaurowana staraniem miejscowych władz. Właśnie pod tą kaplicą zebrał się tłum uczestniczących w obchodach. Żołnierze oddziału "Grom" oddali salwę honorową oraz zaciągnęli wartę przed pamiątkową tablicą.

Po uroczystościach odbyło się spotkanie w gościnnym domu Mirosława Mitoraja, miejscowego patrioty i jednego z organizatorów obchodów, gdzie przy kawie wspominano śp. filistra. Na spotkaniu była obecna m.in. pani Maria Komarowa, siostrzenica fil. Stefana Jasieńskiego i wnuczka fil. Leona Jasieńskiego, która tak oto wspomina swoje jedyne spotkanie z filistrem Stefanem Jasieńskim: - To był rok 1944, już po zrzuceniu wuja do Polski. W tym czasie mieszkaliśmy w Wilnie. Pamiętam, że któregoś wieczoru odwiedził nas pan, którego matka przedstawiła nam jako swojego znajomego. Władysław, mój brat oraz ja byliśmy wtedy dziećmi, którymi głównie zajmowały się nianie. Ten gość był pierwszą osobą, która zamiast na nas krzyczeć jak większość dorosłych, potrafił z nami rozmawiać. Pamiętam, jak trzymał mnie na rękach, a nawet mój brat, który nie należał do najgrzeczniejszych chłopców, słuchał go z uwagą. Z tego człowieka emanowało jakieś dobro, którego, pomimo że miałam wtedy tylko parę lat nigdy nie zapomnę. Dopiero wiele lat później dowiedziałam się, że to był Stefan Jasieński, brat mojej mamy. Również pułkownik Stefan Starba Bałuk wspominał fil. Jasieńskiego: - Wspaniały, lojalny kolega obdarzony cudownym poczuciem humoru. Był pełen wewnętrznego spokoju, głęboko religijny. Wzór człowieka, żołnierza i patrioty. Każdy, kto go spotkał był pod wrażeniem jego uroku osobistego.

Rozmowy w serdecznej atmosferze przeciągnęły się do wieczora. Wyjeżdżając z Malca w pogodny, letni wieczór czuliśmy się, jakbyśmy opuszczali przyjaciół. Myślę, że warto, aby Arkonia jeszcze nie raz odwiedzała tę miejscowość, gdzie tak bardzo szanuje się pamięć o naszym filistrze.

Malec jest miejscem wyjątkowym. Pomimo trudnych warunków spowodowanych bezpośrednią bliskością obozu zagłady, w czasie II wojny światowej jego mieszkańcy licznie zaangażowali się w działalność konspiracyjną. Na łamach drukowanego tu pisma Wiadomości podziemia zamieszczono artykuł, w którym zwrócono się z apelem o pomoc więźniom KL Auschwitz. Na tych terenach już w 1941 r. zawiązała się pierwsza organizacja zbrojna, która podporządkowała się Batalionom Chłopskim. Za bohaterską postawę Kazimierza Jędrzejewskiego (dowódca miejscowego oddziału Batalionów Chłopskich), fil. Stefana Jasieńskiego oraz działalność w ruchu oporu mieszkańców wsi, Malec został w 1984 r. odznaczony Krzyżem Walecznych. Jest to miejsce, gdzie kultywuje się tradycje patriotyczne i pamięć o bohaterach walki o niepodległość.

Tomasz Mering (cetus 1997)
Warszawa, czerwiec 2000 r.



spis treści ↑


Rys biograficzny - Fil. Mirosław Ostromęcki



Fil. Mirosław Ostromęcki

W 1932 roku ukończyłem elitarne gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie i zostałem przyjęty, po ostrym konkursie, na Wydział Elektryczny Politechniki Warszawskiej, a następnie na Wydział Mechaniczny. Mając wyniesione z domu rodzinnego poglądy narodowo-katolickie, zaangażowałem się w pracę społeczną w Bratniej Pomocy Studentów PW oraz w Kołach Naukowych. Studenci uczelni warszawskich i ich organizacje były wówczas pod dominującym wpływem ONR-ABC. Ponieważ od roku 1933 byłem członkiem Korporacji Akademickiej Arkonia, której statut zabraniał w okresie studiów należenia do organizacji politycznych, nie byłem członkiem ONR, lecz miałem w tym środowisku wielu znajomych i przyjaciół, którzy szanując moją postawę apartyjną, udzielali mi poparcia w działalności społecznej. W latach 1936-1938 byłem kolejno pierwszym wiceprezesem Bratniej Pomocy, prezesem, a następnie przewodniczącym Porozumienia Bratnich Pomocy Uczelni Warszawskich. W roku 1937 brałem udział w organizacji Komerszu Arkonii, w którym uczestniczył Wódz Naczelny, Marszałek Rydz-Śmigły. Wobec zagrożenia wojennego Komersz był wyrazem solidaryzowania się młodzieży akademickiej z wojskiem i umożliwił powołanie Legii Akademickiej pod dowództwem pułkownika Tomaszewskiego, z którym kontaktowałem się w imieniu Bratnich Pomocy Uczelni Warszawskich.

W okresie akademickim przyjaźniłem się z Tadeuszem Salskim, znałem dobrze Wiktora Martiniego, Otmara Wawrzkowicza, Aleksandra Heinricha, Władysława Marcinkowskiego, Włodzimierza Chojnackiego (późniejszego organizatora i szefa tajnych drukarń Szańca przy ulicy Przemysłowej, a następnie Długiej) i wielu innych działaczy środowiska ONR-ABC, z którymi spotykałem się od połowy paździenika 1939 w Związku Jaszczurczym, a następnie w NSZ i strukturach Organizacji Polskiej. Wówczas przyjaźnią, a do dziś pamięcią wspólnej idei i walki czuję się z nimi związany.

W Związku Jaszczurczym rozpocząłem pracę w propagandzie od zorganizowania Polskiej Informacji Prasowej, podstawy materiałowej dla powstającej równolegle konspiracyjnej prasy z Szańcem na czele oraz stanowiącej informację dla kierowniczych szczebli organizacji wojskowej i cywilnej. PIP był wydawany w ilości około 300 egzemplarzy, numerowanych i kierowanych według ściśle określanego przeznaczenia. Poziom pisma zapewniał mu duże powodzenie przez cały okres okupacji nie tylko w naszej organizacji. Następnym pismem, już drukowanym, obok Szańca, lecz wydawanym nieco później, był Naród i Wojsko, którego redakcję organizowałem siłami niezawodowymi. Jednak podstawą wojskową pisma stał się pułkownik dyplomowany Świeciński ps. Tuwar, późniejszy Szef Sztabu NSZ, który przychodził do mieszkania moich rodziców z artykułami, które wspólnie omawialiśmy, a które musiałem następnie kompletnie przeredagowywać. Niestety zdolny oficer nie przywykł do pisania czegokolwiek innego poza rozkazami. Jednak korzyści były obustronne. Ja zdobywałem wiedzę wojskową - on polityczną. Mogłem go więc później zarekomendować w NSZ. Niestety trafił na bardzo trudny okres "rozrabiactwa" w Komendzie Głównej, któremu nie sprostał i ustąpił. Niewątpliwie położył duże zasługi dla pisma Naród i Wojsko. Przypadkowo nabytym redaktorem w piśmie był młody człowiek ps. Zygmunt, o średnim poziomie wykształcenia, który wyspecjalizował się w tematyce marynarki wojennej, okrętów bojowych, bitew morskich rozgrywających się aktualnie. Czytelnicy byli przekonani, że mamy w redakcji wyższego oficera Marynarki Wojennej.

W międzyczasie nastąpiły zmiany w życiu osobistym. W grudniu 1940 roku ożeniłem się z Heleną Deskur - krewną Andrzeja Deskura, obecnego kardynała. W tym okresie założyłem firmę komisową przy ul. Chmielnej 6 co zapewniało środki do życia i jednocześnie ułatwiało pracę konspiracyjną. Jednakże w roku 1942 gestapo zaczęło mnie gwałtownie poszukiwać za sprawy przedwojenne, jednocześnie w mieszkaniu moich rodziców, mojej Żony i w firmie. Musieliśmy przejść do pełnej konspiracji, zmienić nazwisko, zamieszkanie, zerwać kontakty prywatne. W listopadzie 1942 roku urodził się syn a w lipcu 1944 - córka. Życie pod obcym nazwiskiem komplikowało się nieraz dramatycznie.

W pracy konspiracyjnej stopniowo przejąłem od Wawrzkowicza kontrolę redakcyjną i wydawniczą nad Szańcem, Załogą i Placówką oraz nad wydawnictwami broszurowymi i książkowymi cywilnymi i wojskowymi, łącznie z wydawaniem Agencji Antykomunistycznej, redagowanej przez Henryka Glassa.

Większość prac redakcyjnych wykonywałem w domu, przeważnie w nocy, dzień mając zajęty kontaktami z redakcjami, konsultacjami fachowymi z różnych dziedzin, politycznymi, wydawniczymi. Po powstaniu NSZ w 1942 roku zostałem mianowany szefem Biura Informacji w KG NSZ. W strukturach Organizacji Polskiej Wawrzkowicz przekazał mi całość propagandy, jako członkowi dyrektoriatu OP. Natomiast w NSZ byłem przewodniczącym Komitetu Wydawniczego przy Dowódcy NSZ. Był nim wówczas płk dypl. Tadeusz Kurcyusz ps. Żegota. W 1943 roku ukończyłem kurs podchorążych NSZ.

Zaskoczenie NSZ wybuchem Powstania Warszawskiego rozbiło struktury organizacyjne propagandy i informacji wojskowej i cywilnej. Od domu przy ulicy Filtrowej, gdzie pozostała moja Żona z dziećmi, odcięty byłem przez całe Powstanie i odnalazłem rodzinę dopiero w paździeniku, w okolicach Brwinowa. W Warszawie natomiast, pierwszego sierpnia udałem się na odprawę na Woli, gdzie nie dotarłem wobec wybuchłej tam już strzelaniny. Chciałem wrócić do domu. Jednakże dotarłem tylko do ul. Pięknej, gdzie wobec ostrzału zatrzymałem się w domu kolegi - inż. Okónia - tuż pod budynkiem centrali telefonów zajmowanej przez Niemców. Byłem tam zablokowany do 7 sierpnia, gdy udało mi się przedostać do kompanii "Czarnego" (Michał Słomiński) na rogu Mokotowskiej i Pięknej.

Spotkałem tam szereg kolegów. Następnie przedostałem się dalej do Śródmieścia i odtworzyłem szereg kontaktów organizacyjnych. W lokalu konspiracyjnym przy ul. Wspólnej 25 zorganizowałem ponownie redakcję Szańca. Pismo to było drukowane od połowy sierpnia codziennie w ilości 10 tys. egzemplarzy przez drukarnię AK, tak jak kiedyś nasza drukarnia na ul. Przemysłowej drukowała Rzeczpospolitą. W czasie Powstania Szaniec był pismem NSZ, lecz o charakterze ogólnonarodowym. Po zbombardowaniu drukarń AK osobiście lokowałem drukowanie Szańca w różnych małych drukarniach.

Oparcie organizacyjne i kolportażowe zapewniała Szańcowi kompania "Warszawianka" Zgrupowania Chrobry II, z którą utrzymywałem kontakt poprzez przekop przez Aleje Jerozolimskie. W najtrudniejszym okresie Powstania, wobec wewnętrznego zagrożenia komunistycznego, kompania "Warszawianka" zapewniała ochronę wojskową redakcji Szańca przy ul. Wspólnej.

W czasie Powstania Warszawskiego byłem żołnierzem AK ps. Majewski, w stopniu podporucznika (zweryfikowanym w roku 1979 przez Główną Komisję Weryfikacyjną AK w Londynie).

Ostatni numer Szańca ukazał się na początku października. Ogółem w czasie powstania ukazały się 43 numery.

Po Powstaniu uciekłem z konwoju ludności cywilnej (wyszedłem z Warszawy z Rodzicami), odnalazłem Żonę z dziećmi pod Warszawą i zameldowałem się w Komendzie Głównej NSZ w Brwinowie. W listopadzie 1944 roku otrzymałem awans na porucznika NSZ.

W styczniu 1945 zostałem mianowany przez generała Broniewskiego na stanowisko Inspektora KG na Obszar Centrum-Wschód z nominacją na kapitana NSZ. Podlegały mi Okręgi Warszawski, Białostocki, Siedlecki i Lubelski. Jednocześnie byłem członkiem Komitetu Wykonawczego OP, któremu przewodniczył prof. Sobociński. Zorganizowałem Kwaterę Obszaru w Warszawie oraz łączność, którą utrzymywała bezpośrednio łączniczka Maria Kobierzycka ps. Basia. Wiosną i latem 1945 roku wyjeżdżałem na inspekcję do podległych mi okręgów. Dłuższe pobyty w terenie, wraz z inspekcją oddziałów odbyłem w Okręgu Białostockim i Lubelskim. Rozkazy Generała Broniewskiego nakazywały ograniczenie akcji wojskowej do minimum obronnego przed działaniami UB i NKWD, likwidację stopniową większych oddziałów partyzanckich i przenoszenie ludzi "spalonych" na Ziemie Zachodnie. Były to zadania bardzo trudne i niepopularne, z którymi musiałem się borykać zwłaszcza w dużych oddziałach Okręgu Białostockiego, pozostającego wówczas pod dowództwem kpt. Stanisława Kuchcińskiego. Trzeba było zmieniać metody działania.

W książce "Teczka specjalna Stalina" znajduje się raport NKWD dla Berii w którym Sieliwanowski pisze: "Na całym terytorium Polski kontynuowana jest działalność NSZ - najbardziej zajadłej organizacji antysowieckiej. Otrzymane materiały świadczą o tym, że NSZ podejmuje szereg działań w celu aktywizacji swojej wywrotowej działalności."

Moje wyjazdy na białostocczyznę przebiegały w warunkach partyzanckich. Dłuższe przejazdy, przeważnie nocą, konno, z bronią i jednym przewodnikiem - oficerem z Okręgu. O sytuacji zagrożenia w jednym z takich przejazdów, dowiedziałem się dopiero po wielu latach, gdy jeden z uczestników spotkania powiedział mi, że mnie pamięta z Okręgu Białostockiego, w którym był skierowany przez NSZ do milicji. Opowiadał, jak wówczas przejeżdżałem boczną szosą, a on siedział w zasadzce z ubowcami i enkawudystami w lesie przy szosie. Gdy jeden z nich, któremu wydaliśmy się podejrzani, zmierzył się do mnie z karabinu, on odtrącił mu broń mówiąc, że to nasi.

Mimo namawiania przez niektórych kolegów, nie wyjechałem z kraju. Przetrwałem do października 1945 roku. Żona z dziećmi była wówczas w Miechowie, Rodzice w Suchedniowie. Aresztowano mnie 1 października, w nocy, na Kolonii Staszica w Warszawie. UB otoczyło całą dzielnicę i przeszukiwało dom po domu. W momencie zatrzymania byłem tylko podejrzanym, natomiast rozpoznanie nastąpiło w Urzędzie Bezpieczeństwa na ul. 11 Listopada. Następnego dnia przewieziono mnie do więzienia w Mokotowie. Śledztwo prowadzili Serkowski i Różański. W paździeniku 1946 odbył się proces. Byłem pierwszym oskarżonym w grupie NSZ, liczącej jedenaście osób. Wyroki śmierci - oprócz mnie - otrzymali Władysław Dryps i Maria Kobierzycka. Moje życie, a przez to i pozostałych skazanych na karę śmierci, uratowała moja Żona. Mimo bardzo ciężkich warunków, w których znalazła się we Wrocławiu, rozwinęła szerokie działania interwencyjne w Warszawie, Krakowie i Lublinie. Wyjednała pismo kardynała Sapiehy do Bieruta z usilną prośbą o ułaskawienie. Na prośbę mojej Żony pismo interwencyjne wystosował również Tuwim, a wiceprzewodniczący KRN Szwalbe wyperswadował Bierutowi niestosowność odmowy prośbie Kardynała. Wg informacji mojego adwokata, Bierut pierwotnie odmówił ułaskawienia, co następnie zostało wytarte na dokumencie. Ostatecznie podpisał ułaskawienie. W piśmie do kardynała Sapiehy Bierut pisał, że uczynił to wbrew jednomyślnej opinii Najwyższego Sądu Wojskowego. Mogę dodać, że posiadam kopie dokumentów z Archiwum Akt Dawnych - raportu Różańskiego do Ministra Bezpieczeństwa Publicznego - Radkiewicza, oraz opinii Biura Prezydialnego KRN, domagające się wykonania wyroku śmierci "na jednym z najbardziej odpowiedzialnych kierowników NSZ". Na ułaskawienie oczekiwałem od 28.10.1946 do końca grudnia 1946 w pojedynce, ze światłem w noc i dzień.

Potem były Wronki ze wszystkimi możliwymi szykanami i powrotem do Mokotowa, w celu próby włączenia mnie do procesu Kasznicy, aby "poprawić" błąd z ułaskawieniem. Na procesie Kasznicy, gdzie byłem wystawiony jako świadek, odniosłem się do sądu przed napaścią słynnego prokuratora Podlaskiego, który chciał wymusić zeznania na mnie.

Z Wronek wyszedłem zwolniony warunkowo w 1955. Pracowałem w przemyśle obrabiarkowym w Pruszkowie, a potem we Wrocławiu. W latach 1958-1984 pracowałem na stanowisku Dyrektora Zakładów Aparatury Elektronicznej we Wrocławiu, a następnie w Warszawie i wybudowałem trzy zakłady produkujące aparaturę elektroniczną. Z końcem 1984 roku przeszedłem na emeryturę i pracowałem do roku 1997 na części etatu w UNI-PAN, potem w Polskim Komitecie Normalizacyjnym i wreszcie w firmie Thompson-International.

W roku 1990 wstąpiłem do Koła nr 1 Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, w roku 1992 do Związku Żołnierzy NSZ. W 1995 roku zostałem awansowany przez Ministra Obrony Narodowej do stopnia majora. W roku 1998 zostałem wybrany na drugą kadencję Przewodniczącym Rady Naczelnej Związku Żołnierzy NSZ.

Fil. Mirosław Ostromęcki (cetus 1933)
Warszawa, 1998 r.



spis treści ↑


Wspomnienie o filistrze Józefie Gębickim (1917-1984)


Fil. Józef Gębicki urodził się w roku 1917 w Ładzyniu koło Mińska Mazowieckiego. Jego właściwe nazwisko rodowe brzmiało Gembicki i było używane przez rodzinę do 1918 r. Rodzicami fil. Gębickiego byli Kazimierz Gembicki (1901-1975) i Lucyna z Prackich (1893-1928). Miał dwóch rodzonych starszych braci: Macieja i Jana, obaj zostali lekarzami.

Na początku lat dwudziestych ojciec fil. Gębickiego objął posadę nauczyciela i dyrektora Szkoły Powszechnej w Jadowie, położonym ok. 60 km od Warszawy, w dawnym powiecie radzymińskim. W latach 1923-1925 wybudował nowoczesny budynek szkolny, istniejący do dzisiaj i do przejścia na emeryturę na początku lat sześćdziesiątych był nauczycielem i dyrektorem tej szkoły.

Dzieciństwo spędził więc fil. Gębicki w Jadowie. W roku 1928, gdy miał 11 lat, zmarła przedwcześnie w 35 roku życia jego ukochana matka. W 1931 r. po skończeniu szkoły podstawowej w Jadowie jako szkołę średnią wybrał Korpus Kadetów w Chełmnie nad Wisłą, gdzie z przerwami wakacyjnymi przebywał w latach 1931-1935. W Korpusie bardzo interesował się sportem: m.in. czynnie uprawiał boks, a zainteresowania sportowe pozostały Mu na całe życie. W roku 1935 ukończył Korpus Kadetów. Za radą ojca nie kontynuował kariery wojskowej i rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego, które w 1939 r., po czwartym roku studiów, przerwała wojna.

Do Korporacji Akademickiej Arkonia Józef Gębicki został przyjęty w roku 1937, na II roku studiów (Nr ewid. 1186, Olderman Roman Nowicki) razem z E. Ruszczycem, J. Nielubowiczem i T. Domańskim oraz Andrzejem Balińskim, studentem Politechniki, jego najserdeczniejszym przyjacielem z Korpusu Kadetów i czasów studenckich, który po wojnie pozostał w Argentynie. Jak zwykle w Arkonii, wszyscy konfuksi cetusu 1937 pozostali serdecznymi przyjaciółmi na całe życie.

Jesienią 1939 roku fil. Gębicki powrócił do rodzinnego Jadowa, gdzie mimo nieukończonych studiów medycznych znalazł zatrudnienie w szpitalu jako asystent dr Ludwika Wiśniewskiego, wybitnego lekarza i społecznika, ordynatora szpitala w Jadowie. W czasie wojny, również w Jadowie, fil. Gębicki poznał swoją żonę, starszą o rok studentkę medycyny Halinę Bereśniewicz. Była ona córką dr med. Franciszka Bereśniewicza (1868-1931), filistra Konwentu Polonia (przyj. do Konwentu w 1889, pierścień filisterski otrzymał w 1895 r.), który studiował medycynę na Uniwersytecie w Dorpacie. Przyszła żona fil. Gębickiego także była zmuszona przez wojnę do przerwania studiów medycznych po V roku i pracowała w szpitalu. Fil. Gębiccy pobrali się w roku 1943, mieli dwóch synów: Wojciecha (ur. w 1945 r.) i Jacka (ur. w 1949 r.).

W 1943 roku, na skutek donosu do władz niemieckich o czytaniu prasy podziemnej, fil. Gębiccy byli zmuszeni natychmiast opuścić Jadów i po krótkim pobycie w majątku Somianka nad Bugiem k. Wyszkowa przenieśli się do Dąbrówki koło Radzymina, gdzie fil. Gębicki kontynuował praktykę felczerską. W czasie wojny, zarówno w Jadowie jak i w Dąbrówce, fil. Gębicki, mając wykształcenie medyczne i wojskowe, był bardzo ściśle związany z miejscowymi oddziałami Armii Krajowej, biorąc czynny udział w pracy konspiracyjnej i służąc z narażeniem życia swoją pomocą medyczną. Związki ze środowiskiem AK w Jadowie kontynuował także po wojnie.

W roku 1944, po przejściu frontu, fil. Gębicki powrócił do Jadowa i podjął pracę w szpitalu jako asystent. W roku 1948 dokończył przerwane studia lekarskie i otrzymał dyplom lekarza.

Zamiar przeniesienia się z rodziną do Płocka, gdzie otrzymał mieszkanie i pracę, udaremniło powołanie do wojska w 1951 r. Fil. Gębicki odbywał służbę w charakterze lekarza wojskowego w latach 1951-1953.

W roku 1953 fil. Gębicki rozpoczął ponownie pracę w Szpitalu Rejonowym w Jadowie, tym razem jako jego Ordynator i Dyrektor. Był to bardzo trudny okres. Szpital był mały i słabo, nawet jak na owe czasy, wyposażony, ale był wtedy jedyną większą placówką medyczną w promieniu wielu kilometrów. Były duże kłopoty z aseptyką, zwłaszcza w położnictwie oraz z krwią niezbędną do powikłanych porodów i większych operacji chirurgicznych. Dr Gębicki pełnił nieustanny dyżur lekarski, zajmując się nagłymi przypadkami ze wszystkich dziedzin medycyny, wykonywał doraźne operacje położnicze i ginekologiczne, operował wszystkie przypadki ostrych schorzeń jamy brzusznej, oczywiście bez pomocy anestezjologa czy drugiego lekarza. O dużym zakresie operacji wykonywanych w Jadowie przez dr Gębickiego świadczy fakt, że kilka razy krew sprowadzano z Warszawy samolotem sanitarnym, który lądował na odległym o kilka kilometrów poniemieckim lotnisku polowym z czasu wojny w Zawiszynie. W tym okresie fil. Gębicki bardzo blisko współpracował ze swoim przyjacielem z Arkonii z tego samego cetusu 1937 chirurgiem fil. Janem Nielubowiczem, do którego kierował wielu chorych na planowe operacje w I Klinice Chirurgicznej przy ul. Nowogrodzkiej i który także często przyjeżdżał do Jadowa operować na miejscu. Do końca lat pięćdziesiątych fil. Gębiccy mieszkali wraz z synami w budynku szpitalnym. Dr Halina Gębicka była lekarzem ogólnym w ośrodku zdrowia, pediatrą i lekarzem szkolnym w Jadowie i okolicach. Po zakończeniu własnej pracy fil. Gębicki bywał "kierowcą" swojej żony, umożliwiając jej dotarcie do szkół odległych od Jadowa.

W roku 1960 fil. Gębicki ukończył budowę swego wymarzonego domu w Urlach nad Liwcem, dokąd przeprowadził się na stałe wraz z rodziną. Niestety zimą 1969 roku wybuchł pożar i spłonęło piętro domu. W ciągu niecałego roku dom został odbu- dowany, zmieniając charakter piętra.

Mimo bardzo dużych obciążeń zawodowych w szpitalu w Jadowie, fil. Gębicki zdołał odbyć w latach pięćdziesiątych w Warszawie odpowiednie staże w Klinice Chirurgicznej u prof. Butkiewicza i w Klinice Ginekologicznej u prof. Bulskiej i uzyskać specjalizacje z chirurgii (1951 r.) i z ginekologii (1962 r.).

W 1963 r. fil. Gębicki podjął bardzo trudną decyzję o zaprzestaniu pracy w szpitalu ze względu na niedostosowanie możliwości szpitala w Jadowie do wymogów współczesnej medycyny, a zwłaszcza chirurgii. Został kierownikiem Ośrodka Zdrowia w Jadowie, istniejącego czasowo w pomieszczeniach Remizy Strażackiej, a później (także obecnie) w budynku dawnego szpitala. Po odejściu fil. Gębickiego ze stanowiska ordynatora szpital zaczął jeszcze bardziej podupadać, pozbawiony chirurga przemienił się w oddział wewnętrzny, izbę porodową, a później w dom opieki społecznej aż do jego likwidacji na początku lat siedemdziesiątych. Fil. Gębicki był także lekarzem kolejowym. Prowadził w domu prywatną praktykę ogólnolekarską i ginekologiczną. Razem z dr Gębicką, korzystając z jej doświadczenia pediatrycznego, przeprowadzał nielubiane przez siebie wizyty profilaktyczne w okolicznych szkołach wykonując tzw. bilanse zdrowia.

W 1974 r. Rada Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Warszawie nadała fil. Józefowi Gębickiemu stopień doktora medycyny na podstawie przewodu doktorskiego i publicznej obrony pracy "Częstość występowania żylaków kończyn dolnych u kobiet w ciąży i ich znikania", której promotorem był fil. prof. Jan Nielubowicz. Było to wielką rzadkością, że lekarz zatrudniony w wiejskim ośrodku zdrowia, a poprzednio jako jedyny lekarz i ordynator małego szpitala rejonowego zdołał zebrać duży materiał o chorych i znalazł czas by go opracować w formie pracy doktorskiej o istotnych, rzeczywistych i praktycznych walorach poznawczych.

Na emeryturę przeszedł fil. Gębicki w roku 1983. Zmarł w lipcu 1984 po ponad rocznym leczeniu w Klinice Neurologicznej przy ul. Sobieskiego prowadzonej przez fil. prof. Helenę Nielubowiczową. Jest pochowany na cmentarzu w Jadowie, obok swojej matki.

W roku 1995, z inicjatywy fil. Jana Nielubowicza, w budynku dawnego Szpitala a obecnie Gminnego Ośrodka Zdrowia w Jadowie, odsłonięto tablicę upamiętniającą pracę dr med. Józefa Gębickiego i dr Haliny Gębickiej na tym terenie. Na uroczystości odsłonięcia tablicy byli obecni m.in. przedstawiciele Warszawskiej Izby Lekarskiej oraz pp. B. i W. Gębiccy, fil. E. i K. Ruszczycowie, fil. M. i M. Sosnkowscy, fil. H., J., D. i W. Nielubowiczowie, a także inni filistrzy i mała grupa czynnych Arkonów.

W 1966 r., wyłącznie z inicjatywy i przy wielkiej pomocy organizacyjnej fil. J. Gębickiego został zakupiony przez fil. H. i J. Nielubowiczów dom letniskowy nad Liwcem. Stał się on miejscem częstych spotkań Arkonów, np. niespodziewanego spotkania latem 1971 r. z udziałem fil. Stefana Wilskiego (cetus 1925), fil. Józefa Gepnera (cetus 1925), fil. Wieńczysława Wagnera z USA (cetus 1937), fil. Józefa Gębickiego (cetus 1937) i fil. Jana Nielubowicza (cetus 1937). W domu tym fil. Gębicki często spotykał innych Arkonów, czasami po raz pierwszy od czasów przedwojennych czyli od pobytu w czynnej Arkonii: fil. Edwarda Ruszczyca (cetus 1937), fil. Romana Sroczyńskiego (cetus 1930), fil. Włodzimierza de Thuna (cetus 1930), fil. Jana Zarańskiego (cetus 1936) i fil. Henryka Wojciechowskiego (cetus 1934). Ciekawostką jest, że fil. Wojciechowski, po wizycie w Urlach, z racji swojej pozycji zawodowej w Krajowej Dyrekcji Dróg Publicznych zorganizował budowę istniejącej do dzisiaj szosy asfaltowej na odcinku Jadów - Urle, którą fil. Gębicki jeździł codziennie do pracy.

W latach 1966-1983 w prawie każdą niedzielę przez cały rok, także w zimie, przed płonącym kominkiem w Urlach, fil. Józef Gębicki, fil. Stefan Wilski i fil. Helena Nielubowiczowa spotykali się na długich, zaciętych dyskusjach o tym co było, co jest, a zwłaszcza co będzie. Dziś już trudno jest nam, młodszym, wyobrazić sobie ich rozmowy w grudniu roku 1970 czy w sierpniu 1980. Możemy się tylko domyślać jak bardzo gorące były to dyskusje. Niestety fil. Gębicki nie doczekał roku 1989.

Wielką pasją fil. Gębickiego było wędkarstwo, w którym osiągał znakomite wyniki, zwłaszcza nad niedalekim Bugiem. Przez kilka ostatnich lat pracy przed wymarzoną emeryturą cieszył się bardzo, że niedługo będzie mógł całkowicie poświęcić się swojej pasji. Choroba i śmierć pokrzyżowały jego plany.

Nieprzypadkowo podjąłem się napisania niniejszego wspomnienia o fil. Józefie Gębickim, którego doskonale znałem od najmłodszych lat jako jednego z "wujów Arkonów". Wujek Józio był jednym z filarów mojego dzieciństwa. Jako mały chłopiec, chodząc z nim na spacery w Urlach, później jeżdżąc z nim na ryby, słuchałem z zapartym tchem opowiadań o przedwojennej Polsce, o Korpusie Kadetów, o pracy lekarza na prowincji, o czasach wojny i okupacji, o Arkonii, a także licznych, wspaniałych dowcipów, z których fil. Gębicki słynął. Obok wędkarstwa pasją fil. Gębickiego była przyroda i historia ziemi na której mieszkał: okolic Jadowa, Radzymina, Wyszkowa czy Węgrowa. Znał historię każdego zburzonego dworu, każdego cmentarza, każdego młyna czy wsi. Do wielu miejsc docierał, zarówno w celach lekarskich jak i wędkarskich, początkowo swoim ulubionym motocyklem, później samochodem. O wszystkim opowiadał niezwykle interesująco dla każdego słuchacza, a cóż dopiero dla mnie, małego chłopca. To fil. Gębicki nauczył mnie kochać to co proste i polskie, nauczył mnie, że wszystko wokół nas ma swoją ciekawą historię, choćby to było tylko stare drzewo na rozstaju dróg. Cieszę się, że tak wiele z jego poglądów i opowiadań pozostało do dziś w mojej pamięci.

Fil. Wojciech Nielubowicz (cetus 1990)
we współpracy z Wojciechem Gębickim
Warszawa, październik 2000 r.



spis treści ↑


Tyszki i trochę historii



Od lewej: Zbigniew Tyszka, Zdzisław Janusz Tyszka, Wanda Tyszkowa, Zygmunt Tyszka i Grzegorz Gadzaliński.
Fot. ze zbiorów rodzinnych.

Autor - fil. Zbigniew Jan Tyszka.
Fot. B. Kachniarz

Mija właśnie 30 lat od chwili, gdy w maju 1970 roku zmarł mój Ojciec. Ostatnimi czasy, może zbyt pó.no, zabrałem się za porządkowanie Jego prywatnych zapisków - "notatek z życia". Chcę napisać parę słów o Nim, gdyż wydaje mi się, że z jednej strony jest już niewiele osób, które Go pamiętają, a z drugiej strony, Ojciec żył w zupełnie innych czasach niż my obecnie, w tzw. ciekawych czasach. Dlatego przedstawiając poniżej garść informacji o Nim oraz Jego spostrzeżeń, mogę zainteresować dzisiejszych czytelników.

Zygmunt Karol Tyszka urodził się w 1902 roku w Warszawie, tj. w zaborze rosyjskim. Jako dziecko mieszkał w tym samym domu co jego dziadek - Ferdynand Tyszka (zmarły w 1907 roku) - który przebywał z nakazem osiedlenia się w Warszawie po około 30-letnim zesłaniu do archangielskiej guberni. Znalazł się tam dlatego, iż w 1863 roku był Patronem Trybunału Rewolucyjnego w Płocku. Innymi słowy, Z. Padlewski trzymał w ręku władzę wojskową, a F. Tyszka cywilną. Padlewskiemu nie udało się - został stracony; Tyszka miał więcej szczęścia - tylko stracił swe dwa folwarki w powiecie rypińskim, a wyrok kary śmierci zamieniono mu na zesłanie. Wrócił.

O swym pradziadku wspominam z dwóch względów. Jego osoba i postępowanie w życiu miało duży wpływ na postawy patriotyczne jego dzieci pozostałych w Kongresówce, jak też i na patriotyzm następnego pokolenia - m.in. mego Ojca. Poza tym Ferdynand Tyszka był ojcem m.in. Stefana, który po ukończeniu szkoły średniej w Płocku rozpoczął w 1887 roku studnia na Wydziale Inżynierskim Politechniki Ryskiej. W tym też roku został przyjęty do Korporacji Akademickiej Arkonia (nr 382). Niestety zmarł w czasie studiów w 1893 roku na zapalenie opon mózgowych (pochowany na Powązkach).

Mój Ojciec znał innego swego stryja (i ojca chrzestnego) - Czesława - inżyniera komunikacji, Naczelnika IV-go Dystansu Rzeki Wisły w Płocku (w pewnym sensie po nim wziął swój zawód). Jego syn Tadeusz, niewiele starszy od mego ojca, w 1915 roku rozopczął studia architektoniczne na Politechnice Ryskiej. Został też wówczas przyjęty do Arkonii (nr 899) i był jej członkiem, gdy działała ona (przeniesiona wraz z uczelnią) w Moskwie. Tam zmarł w 1918 roku i tam został pochowany.

Mój dziadek Zygmunt był matematykiem. Uczył tego przedmiotu w Warszawskiej Szkole Kolejowej i jednocześnie pełnił funkcję jej wicedyrektora (dyrektorem wszystkich szkół kolejowych w Kongresówce - które były państwowe - był Rosjanin). Miał trzech synów i będąc facecjonistą wszystkich nazwał na "Z": Zygmunt (1902 r.) - mój Ojciec, Zbigniew (1905 r.) - stryj po którym mam imię (zmarł w 1933 roku po spó.nionej operacji wyrostka robaczkowego jako porucznik 4-go Dywizjonu Artylerii Konnej w Suwałkach) i stryj Zdzisław (1907 r.), o którym parę słów będzie dalej. Jednak w praktyce dziadkowie moi mieli 4-ch synów, gdyż wychowywali również Grzegorza Gadzalińskiego (1905 r.) - siostrzeńca mej babki. Jego rodzice byli działaczami Polskiej Partii Socjalistycznej. Zginęli w 1908 roku w zamachu na nich. Grzegorz został zawodowym oficerem - saperem - i jako absolwent Politechniki Wojskowej w stopniu kapitana zginął w 1939 roku w bitwie pod Ryczywołem (nad rzeką Radomką).

Jest to być może zbyt długi wstęp rodzinny, ale jego elementy przydadzą się przy dalszym czytaniu. Przedstawiając dalej sylwetkę Ojca, podam informacje o zdarzeniach ważnych i charakterystycznych w Jego życiu - postaram się nie zanudzić szczegółami.

Ojciec uczęszczał do szkoły realnej im. St. Staszica, która powstała w 1906 roku ufundowana przez Stowarzyszenie Techników (obecnie NOT) i miała jako wykładowy język polski. W 1915 roku dziadek na rozkaz władz carskich ewakuował przed nadciągającymi Niemcami szkołę kolejową - państwową, rosyjską - do Moskwy i tam znalazła się jego rodzina. Ojciec przez 3 lata uczęszczał do polskiej szkoły w Moskwie utrzymywanej przez Polski Komitet Pomocy Ofiarom Wojny. Latem 1916 roku zmarł w Moskwie dziadek. Babcia, która została z 4 chłopcami (najstarszy, mój Ojciec, miał 14 lat) była zmuszona powrócić do swego zawodu nauczycielki. Ojciec rozpoczął zarobkowanie korepetycjami. Przeżył w Moskwie Rewolucję Październikową. Wspominał walki, trudności aprowizacyjne i wyprawy z 12-letnim bratem na wieś po zaopatrzenie w kartofle.

Latem 1918 roku rodzina wróciła do Warszawy. Ojciec uczył się dalej w szkole im. S. Staszica i działał w harcerstwie do którego należał od 1913 roku (przed rewolucją było ono tajne). W 1919/20 roku objął nawet istniejącą przy szkole 16-ą drużynę im. Zawiszy Czarnego. Niejakie braki w nauce po pobycie w Moskwie i zbyt duży zapał poświęcony harcerstwu a nie nauce spowodowały, że nie otrzymał matury w 1920 roku.

Na apel gen. J. Hallera Ojciec latem 1920 roku wstąpił do wojska. Walczył w 214 pułku ułanów pod Stepaniem nad Horyniem i następnie na Litwie Środkowej pod Oranami i Olkienikami. W listopadzie zwolniono z wojska studentów i uczniów. Ojciec powrócił do szkoły i w 1921 roku zdał maturę. Ponieważ gimnazjum rok wcześniej zostało upaństwowione, to na świadectwie był kuriozalny nadruk: "Królewsko-Polskie Gimnazium im. Staszica w Warszawie". Miał też Ojciec i inny nadruk. Mianowicie, iż w czasie najazdu bolszewickiego stanął w szeregach obrońców Ojczyzny w służbie frontowej. Ten zapis zwalniał z egzaminów wstępnych na wyższe uczelnie.

Wcześniejsze doświadczenia Ojca na tzw. kondycji u leśniczego pod Zegrzem i pomaturalne na praktyce rolnej u Władysława Karnkowskiego pod Sochaczewem zdecydowały, iż tych dwóch zawodów Ojciec nie wybrał. Przeważyły jeszcze młodzieńcze doświadczenia i w 1921 roku rozpoczął studia na Wydziale Inżynierii Wodnej Politechniki Warszawskiej. Na III roku studiów w 1923 roku Ojciec został przyjęty (nr 1003) w poczet członków Korporacji Akademickiej Arkonia. Poniżej chciałbym zacytować wspomnienia Ojca pisane w końcu lat 60-tych, a związane z Arkonią.

Korporacja Arkonia, do której zapisałem się na trzecim roku studiów miała swoją dewizę bardzo szlachetną "Prawdą a pracą". Hasło to było rzeczywiście stosowane w życiu i obserwując dziś z perspektywy lat wielu kolegów, muszę stwierdzić, że to hasło w swe życie aktywnie wprowadzili. Do spraw politycznych nie mieszała się, była nastawiona zawsze bardzo demokratycznie. Np. w poczet swych członków na terenie ryskim przyjmowała Żydów (a na terenie warszawskim raczej nie). Nie robiono różnicy przy przyjmowaniu co do pochodzenia społecznego i zamożności kandydata. Decydowała opinia, jaką dany kolega cieszył się na wyższej uczelni.Starała się zawsze grupować młodych ludzi o nastawieniu społecznym i dodatkowo wyrabiać w nich społeczne nastawienie do całego społeczeństwa. Zebrania arkońskie dały mi duże wyrobienie społeczno-parlamentarne. Prace społeczno-koleżeńskie traktowałem jako uzupełnienie swego wykształcenia zawodowego. Powstało duże grono bliskich kolegów, niewątpliwie pomocnych w życiu człowieka dorosłego czy to w pracy zawodowej, czy choćby w życiu tylko towarzyskim.

W czasie swych studiów brałem udział w pracach Komisji Wydawniczej Bratniej Pomocy PW (zajmowała się wydawaniem skryptów) oraz byłem wybrany do Zarządu Koła Naukowego Studentów Inżynierii Wodnej. Przez trzy lata byłem w Akademickim Sądzie Koleżeńskim. W Korporacji przez jeden rok byłem członkiem prezydium - wiceprezesem oraz przewodniczącym Wydziału Sądowego.

Raz w czasie mych studiów Arkonia zajęła stanowisko polityczne - stanęła po stronie wojsk rządowych w puczu marszałka J. Piłsudskiego w 1926 roku. Zapewne było to m.in. pod wpływem naszego starszego kolegi Arkona, ówczesnego pułkownika, Władysława Andersa. Był on wówczas szefem sztabu gen. Rozwadowskiego, który kierował akcją wojsk sprzeciwiających się Piłsudskiemu. Arkonia powzięła wówczas uchwałę czynnego wystąpienia z bronią w ręku. Karabiny otrzymaliśmy w pierwszym pułku lotniczym na Mokotowie, a walczyliśmy na lotnisku mokotowskim, tj. między ulicami: Wawelską i Batorego (tam, gdzie po wojnie były domki fińskie). Dla nas walki trwały na szczęście krótko - dwa dni. Z naszej grupy zginął wtedy Adam Malinowski, a oprócz mnie ranni byli: Piotr Szawernowski, Tadeusz Załęski i Adam Domański. Szczęśliwie moja rana była zupełnie lekka; po kilku dniach już mogłem chodzić.

Inne rodzinne wspomnienia dotyczące wypadków majowych odnoszą się do braci mego Ojca. Grzegorz Gadzaliński występował wraz ze swoją Oficerską Szkołą Saperów po stronie marszałka Piłsudskiego, gdy jego brat Zbigniew Tyszka, będący w Szkole Podchorążych Piechoty, walczył po stronie przeciwnej - prawowitej władzy prezydenta Wojciechowskiego. Tak się złożyło, iż obaj cioteczni bracia strzelali do siebie: Grzegorz od Placu Trzech Krzyży w Al. Ujazdowskie, a Zbigniew z Al. Ujazdowskich na Plac Trzech Krzyży.

W czasie wakacji Ojciec odbywał praktyki zawodowe przy robotach melioracyjnych, umocnieniach brzegu morskiego czy razem z przyjacielem Ignacym Wilskim przy niwelacji bardzo zniszczonego w czasie I wojny światowej Kanału Ogińskiego. Jako ciekawostkę Ojciec wspominał, iż kierownictwo odbudowy nie dysponowało niwelacją i śluzy były odbudowywane na podstawie śladów wcześniejszych piętrzeń i wiadomości miejscowych majstrów - na oko.

Mimo zajęć na studiach i w czasie wakacji Ojciec ukończył w czerwcu 1927 roku Politechnikę. Okres ten wspominał bardzo dobrze. Za dowód niech posłuży cytat: Jak Warszawa wtedy bawiła się, niech świadczy przykład, że w jednym karnawale potrafiłem być na 22 balach. I to przeważnie chodziło się, jak to studenci, z płótnem w kieszeni, wypijając przed wyjściem - po zjedzeniu kolacji - kieliszek wódki dla kurażu.

Po studiach Ojciec odsłużył wojsko. Został przydzielony do 1-go pułku ułanów Krechowieckich w Augustowie. Po okresie rekruckim odbył 9-miesięczny kurs w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Roczną służbę wojskową zakończył jako wachmistrz podchorąży.

Pracę zawodową Ojciec rozpoczął w lipcu 1928 roku w Krajowym Towarzystwie Melioracyjnym. Już po roku prowadził poważne roboty melioracyjne - odwadnianie torfowisk na Polesiu. Tereny te były następnie zagospodarowywane rolniczo - przyjeżdżali na nie osadnicy z Centralnej Polski. Jako ciekawostkę można podać, że Ojcu - inżynierowi z rocznym stażem - podlegało: 2 techników, 1 nadzorca i 600 robotników. Jak widać administracja raczej nie była rozbudowana.

Od 1930 roku Ojciec prowadził prace melioracyjne w rejonie Ostrołęki połączone z komasacją gruntów chłopskich. Akcją tą były objęte tereny województw kresowych i centralnych dawnego zaboru rosyjskiego, gdzie rozdrobnienie było największe. Ojciec wspominał przykład gospodarza z rejonu miejscowości Łapy, który miał 19 ha w 1020 kawałkach - sam już nie pamiętał gdzie ma te kawałeczki gruntu.

W końcu 1934 roku Ojciec zaczął pracę w Toruniu. Tam dla odmiany prowadził prace melioracyjne połączone z parcelacją majątków ziemskich - głównie niemieckich. Na wydzielonych działkach budowano zagrody i sprowadzano osadników z terenów górskich lub podgórskich. W ten sposób w niewielkim stopniu była prowadzona reforma rolna.

W Toruniu Ojciec pracował pod kierunkiem Konstantego Ceceniowskiego. Poznał jego rodzinę przyjeżdżającą w odwiedziny z Warszawy. M.in. bratanicę Wandę, z którą dopiero po wojnie w 1946 roku ożenił się. Mowa tu o mojej Matce. Po dwóch latach Ojciec został przeniesiony do służby melioracyjnej w Warszawie. Tak chciał i bardzo był niezadowolony, gdy w połowie 1937 roku minister rolnictwa złożył Mu propozycję praktycznie nie do odrzucenia - stanowisko inspektora melioracyjnego na terenie Kraju. Ojciec zgodził się na rok i następnie wrócił do prac melioracyjnych w woj. warszawskim. Tereny odwadniane były zagospodarowywane na łąki. Rozwinął prace niesłychanie; w 1937 roku było zagospodarowanych kilkanaście hektarów, w 1938 roku już ponad 1000 ha, a w 1939 roku (przed rozpoczęciem wojny) ponad 12.000 ha.

W okresie wojny Ojciec pracował dalej w służbie melioracyjnej. Była to swego rodzaju przystań dająca ludziom pracę i papiery chroniące przed wywózkami. Z drugiej strony, były to działania dla dobra Kraju i nie mające związku z potencjałem wojennym Niemiec. W czasie Powstania Warszawskiego Ojciec był delegatem mieszkańców w Samorządzie Żoliborskim. Jako inżynier m.in. kierował sypaniem okopów. Po zdobyciu Żoliborza przez Niemców Ojciec trafił do obozu w Pruszkowie, z którego po jednym dniu uciekł. W dniu 17.01.1945 r. w Grodzisku Mazowieckim spotkał wkraczające oddziały sowieckie. W Warszawie znalazł się dwa dni później.

Już w styczniu Ojciec powrócił do pracy organizując służbę melioracyjną w Kraju. Następnie, jeszcze w 1945 roku objął Okręgową Dyrekcję Dróg Wodnych w Warszawie. Nadzorował regulacje Wisły, Bugu i Narwi, budowę strażnic wodnych i nadzorcówek, a przede wszystkim kierował - co było jego dumą - odbudową Kanału Augustowskiego. Ta droga wodna została uruchomiona już w 1948 roku.

Niestety czasy zmieniały się. Rozpoczęły się różne wojny podjazdowe i szkalowania. Został oskarżony o przestępstwa natury administracyjnej. Pewien dzień z tego okresu życia Ojciec wspominał następująco: Dzień urodzin Hani (mojej siostry) upamiętnił mi się dość dramatycznie. Tego dnia bardzo wcześnie rano odwiozłem żonę do szpitala, miałem bardzo dokuczający mi wrzód, a jednocześnie tegoż dnia była rozprawa sądowa, w której byłem jednym z oskarżonych. Około południa wszystkie trzy sprawy wyjaśniły się niemal jednocześnie. Najpierw dowiedziałem się o szczęśliwym urodzeniu się córki, wrzód pękł w czasie rozprawy sądowej, a sama rozprawa skończyła się szczęśliwie - uniewinnieniem. Z tego co wiem, to poza fikcyjnością oskarżenia, na rozprawie sądowej na korzyść Ojca zeznawali robotnicy. I to m.in. uratowało Go w PRL-owskim sądzie przed odsiadką.

W latach 1955-59 Ojciec pracował w PAN-ie. Był generalnym projektantem przy opracowaniu Planu Perspektywicznego Gospodarki Wodnej. Pamiętam, że na Wiśle było wówczas planowanych 9 stopni wodnych. Do dziś powstał tylko jeden - Włocławek - zbudowany w latach 60-tych.

W lipcu 1959 roku Ojciec przeszedł do pracy w Głównym Komitecie Przeciwpowodziowym i kierował nim aż do swojej śmierci.

Fil. Zbigniew Jan Tyszka



spis treści ↑


Imprezy arkońskie w roku 2000


15 stycznia - kolędy. Szkoła im. Plater-Zyberkówny.

17 lutego - spotkanie moralne. Gość honorowy - fil. Tadeusz Czaplicki (Jagiellonia).

24 lutego - spotkanie otwarte. Architektura współczesna w Warszawie - prof. Lech Kłosiewicz. Gmach Wydziału Architektury PW.

29 lutego - spotkanie naukowe. Pokaz slajdów i opowieść o Wenezueli - fil. Jerzy Mycielski.

14 marca - spotkanie naukowe. Biotechnologia - kol. Marek Lachowski.

21 marca - spotkanie naukowe. Zasady savoir-vivre - fil. Andrzej Morstin.

28 marca - spotkanie otwarte. Jak konspirować? - Mirosław Chojecki z podziemnego wydawnictwa "NOWA". KIK.

11 kwietnia - spotkanie naukowe. Zarys historii urbanistyki - kol. Szymon Kachniarz.

15 kwietnia - Jajeczko. INCO-Veritas.

18 kwietnia - spotkanie naukowe. Pochodne instrumenty finansowe - kol. Konrad Brywczyński.

1-3 maja - wyjazd cetusu 1998 w góry. Kol. Bartłomiej Kachniarz. Piwniczna.

13 maja - XLVI Bal Arkonii. Komisarz - kol. Marcin Fijałkowski. Hotel Europejski.

21 maja - Komersz 121-lecia. Civitas Christiana.

23 maja - spotkanie naukowe. Rola Szczęsnego Potockiego podczas rozbiorów Polski - fil. Bartłomiej Ostrowski.

4 czerwca - piknik w Kurzeszynie - fil. Skarzyńscy.

19 czerwca - obchody 50-lecia śmierci fil. Seweryna Czetwertyńskiego.

21 czerwca - knajpa z k! Sarmatia. Kwatera Sarmatii.

1-3 września - wycieczka do Torunia. Kol. Marcin Staszewicz.

14 października - wyjście do Warszawskiej Opery Kameralnej. Claudio Monteverdi, "Ballo delle ingrate".

17 października - spotkanie naukowe. Przygotowanie do kariery zawodowej w trakcie studiów - fil. Piotr Jeleński.

24 października - mini-warsztaty. Planowanie czasu - p. Maryna Brywczyńska.

31 października - spotkanie naukowe. Nurkowanie - kol. Ireneusz Kossakowski.

11 listopada - knajpa patriotyczna. INCO-Veritas.

14 listopada - spotkanie otwarte. Odczyt Selima Chazbijewicza, wiceprezesa Związku Tatarów Polskich. KIK.

18 listopada - msza św. za Rodzinę Arkońską. Klasztor św. Jacka oo. Dominikanów.

25 listopada - wieczornica staropolska. Komisarz - kol. Jakub Rak. Liceum im. Staszica.

9 grudnia - Opłatek Koła Filistrowych i Filistrówien, połączony z wentą na rzecz funduszu zapomogowo-pożyczkowego Arkonii. INCO-Veritas.

12 grudnia - spotkanie w Muzeum Narodowym, wystawa "Pejzaż polski".

16 grudnia - Rybka Arkońska. Związek Łowiecki.

19 grudnia - spotkanie naukowe. Kwestia niemiecka w latach 1945-90 - kol. Andrzej Szeptycki.

opr. BK



spis treści ↑


Przemówienie kol. Łukasza Wojdygi


Wygłoszone podczas nabożeństwa żałobnego za duszę śp. filistra Jana Schielego odprawionej w kościele NMP Matki Kościoła na Ealingu w Londynie 4 października 2000 roku.

Jesteśmy tu, aby pożegnać Śp. Jana Schielego, filistra Polskiej Korporacji Akademickiej Arkonia.

Nasza dewiza "Prawdą a pracą" była Mu drogowskazem przez całe życie.

Śp. Jan Schiele w okresie studiów prawniczych na Uniwersytecie Warszawskim został 63 lata temu tj. w 1937 roku przyjęty w poczet członków Arkonii, z którą związał się na całe życie. Jego oldermanem był Roman Nowicki. Rychły wybuch wojny przerwał jednak działalność Korporacji w Kraju.

Śp. Jan Schiele po okresie żołnierskim powrócił do życia cywilnego dopiero w 1947 roku. Od razu włączył się w działalność korporacji na emigracji w Londynie, gdzie zamieszkał na stałe. Pod przewodnictwem filistra Andersa, wszyscy Arkoni znajdujący się w Anglii, Stanach Zjednoczonych, Afryce Południowej i wielu, wielu innych krajach próbowali nadal prowadzić działalność organizacyjną. Odbywały się Komersze, Koła, Jajeczka, Rybki i inne spotkania.

Śp. filister Schiele pisze w swych wspomnieniach iż właśnie ta Arkonia Londyńska jest dla niego rzeczywistą Arkonią. Poznaje tam wielu kolegów, jeszcze z okresu ryskiego, dowiaduje się na czym polega braterstwo korporacyjne i zwykła, codzienna działalność stowarzyszenia.

W roku 1979, w związku z setną rocznicą założenia Arkonii, śp. filister Schiele bardzo aktywnie włączył się w przygotowywanie obchodów rocznicowych. Był jednym z trzech współautorów Księgi Pamiątkowej Stulecia Arkonii.

Księga ta, dla nas młodych Arkonów, była, poza wspomnieniami żyjących filistrów, podstawowym źródłem wiedzy o korporacji, jej historii, zwyczajach i tradycjach.

Do swej śmierci filister Jan Schiele był naszą przystanią w Anglii. Każdy z młodych Arkonów będący w Londynie był zawsze bardzo serdecznie przyjęty przez Śp. filistra i jego żonę Barbarę. Kilka razy gościem filistra był, na przykład, mój ojciec korporacyjny Wojtek Dziomdziora.

Wraz ze śmiercią Śp. filistra Jana Schielego w dziejach Arkonii zakończył się kolejny ważny okres - okres londyński. W okresie tym, gdy w kraju komunistyczne zniewolenie uniemożliwiało jakąkolwiek działalność korporacyjną, całość wiedzy o Arkonii została przechowana właśnie przez naszych filistrów - emigrantów w Anglii.

Nasz filister Śp. Jan Schiele pozostanie w naszej wdzięcznej pamięci. W imieniu całej Rodziny Arkońskiej: Korporacji Akademickiej, Związku Filistrów, Koła Filistrowych i Filistrówien składam najszczersze kondolencje całej rodzinie Zmarłego.

Zakończyć chciałbym cytując słowa komerszowej "Pieśni Otwarcia":

"Bratu
po życia znoju...
wieczny spokój,
wieczna cześć".

Łukasz Wojdyga (cetus 1997)



spis treści ↑


"Narody są nieśmieterlne"


Czerwiec 1940 r. to dla walczącej Europy ogromny szok i rozczarowanie: Francja - wielkie mocarstwo, ojczyzna Napoleona i Clemenceau, zwycięzca Rzeszy w 1918 r. - poddała się, po zaledwie sześciu tygodniach walki z hitlerowskim najeźdźcą. Powszechna gorycz jest tym większa, że zawieszenie broni podpisał nie kto inny, jak francuski bohater narodowy z okresu I wojny światowej - marszałek Pétain, który stanął właśnie na czele francuskiego rządu.

W tych okolicznościach przebywający z misją w Londynie generał Charles de Gaulle (1890-1970) postanowił wypowiedzieć posłuszeństwo swojemu przełożonemu, za co zresztą wkrótce został skazany zaocznie na karę śmierci. 18 czerwca 1940 r. na antenie londyńskiego radia generał wezwał wszystkich Francuzów do kontynuacji walki i ogłosił się przywódcą Wolnej Francji. Początkowo przyszło mu działać w niełatwych warunkach. W przeciwieństwie do innych emigracyjnych przywódców, takich jak Sikorski czy Benes, de Gaulle nie miał prawnych podstaw, by przewodzić rządowi na emigracji - prawowitym spadkobiercą przedwojennej Francji było bowiem proniemieckie Państwo Vichy, które przez pierwsze lata wojny cieszyło się uznaniem innych państw, w tym np. Stanów Zjednoczonych. Ponadto alianci od czasu porażki w 1940 r. nie traktowali francuskiego partnera poważnie, tym bardziej że Wolna Francja dysponowała jedynie niewielkimi siłami zbrojnymi. Wreszcie de Gaulle miał opinię trudnego partnera o zbyt wybujałych ambicjach - jego celem było bowiem od początku nie tylko wywalczenie niepodległości Francji, ale także uznanie jej za ważnego członka antyniemieckiej koalicji oraz odzyskanie statusu światowego mocarstwa. Paradoksalnie, mimo niesprzyjających warunków, cel ten udało mu się po części zrealizować.

Choć de Gaulle'a nie zaproszono na konferencje Wielkiej Trójki w Teheranie, Jałcie i Poczdamie, to ich postanowienia były w miarę korzystne dla Francji, która nie tylko odzyskała niepodległość, wszystkie utracone ziemie i większość imperium kolonialnego, ale także otrzymała dwa ważne atrybuty mocarstwowości - własną strefę okupacyjną w Niemczech oraz stałe członkostwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Sam generał stanął w 1944 r. na czele francuskiego rządu tymczasowego, który wkrótce został oficjalnie uznany przez wielkie mocarstwa. Szybko jednak okazało się, że mimo niekwestionowanych sukcesów, generał nie może dojść do porozumienia z rywalizującymi w parlamencie partiami, co już w 1946 r. skłoniło go do podania się do dymisji.

Nastał okres IV Republiki, która przez następne lata nieustannie zmagała się z niestabilnością polityczną (22 rządy w ciągu 12 lat) oraz z kolejnymi krwawymi konfliktami w koloniach - najpierw w Indochinach, a następnie w Algierii. Tymczasem generał, niczym Piłsudski w Sulejówku, czekał na powrót do władzy i zajadle krytykował politykę kolejnych rządów. W 1958 r. jego plany doczekały się realizacji. W wyniku zaostrzenia się kryzysu w Algierii, Francja stanęła na skraju wojny domowej - w tych okolicznościach jedynym ratunkiem wydawało się być przekazanie władzy de Gaulle'owi, który został wybrany najpierw premierem, a następnie, w 1959 r., pierwszym prezydentem nowej, V Republiki.

Nowa konstytucja przyznawała prezydentowi szerokie uprawnienia, z których generał chętnie korzystał, szczególnie w dziedzinie polityki zagranicznej, która do dziś nie pozbyła się całkowicie pewnej specyfiki, którą nadał jej de Gaulle. Przez 11 lat swych rządów, generał dokonał wielu spektakularnych posunięć na arenie międzynarodowej, które umocniły znaczenie Francji jako ponadregionalnego mocarstwa w ramach obozu zachodniego. Przez pierwsze lata, wspólnie z Adenauerem, doprowadził do końca proces pojednania z RFN, a także konsekwentnie dążył do zacieśnienia współpracy państw zachodnioeuropejskich, choć przeciwstawiał się zwiększeniu kompetencji Wspólnot Europejskich.

W 1960 r. Francja weszła w posiadanie broni jądrowej, co uczyniło z niej niezależny ośrodek decyzyjny w NATO, a dwa lata później udało się zakończyć wojnę w Algierii, która od lat wiązała ręce francuskiej dyplomacji. Od początku lat 60-tych jednym z ważnych kierunków polityki generała stała się ustawiczna krytyka polityki Stanów Zjednoczonych, sprzeciw wobec ich dążeń do politycznej i gospodarczej hegemonii w Europie Zachodniej i w świecie, potępienie zbrojnej interwencji w Wietnamie oraz poparcia udzielonego ekspansywnej polityce Izraela itd. By uniezależnić się od amerykańskiego partnera, Francja opuściła w 1966 r. struktury wojskowe NATO, choć podkreślała wierność zobowiązaniom sojuszniczym wynikającym z Traktatu Północnoatlantyckiego. W tym samym czasie de Gaulle dokonał spektakularnego zbliżenia z ZSRR i innymi krajami Europy Wschodniej, co miało pomóc osłabić podział świata na dwa bloki i zmniejszyć amerykańskie wpływy w Europie.

Śmiała polityka generała niewątpliwie przywróciła Francji poczucie mocarstwowości i zwiększyła jej znaczenie na arenie międzynarodowej - spotkała się jednak z krytyką pozostałych państw zachodnich, a także z rosnącym niezadowoleniem w samej Francji, którą de Gaulle nieco zaniedbał pod koniec swej prezydentury. Niezadowolenie to dało o sobie znać w 1969 r., gdy francuskie społeczeństwo odrzuciło w referendum reformy konstytucyjne zaproponowane przez generała. Następnego dnia sędziwy prezydent podał się do dymisji - był to chyba jedyny w historii przykład polityka tego formatu, który po raz drugi w swym życiu z własnej woli odszedł z zajmowanego stanowiska, czując że nie ma już poparcia narodu, który reprezentuje.

Naród i państwo były bowiem dla generała bez wątpienia najważniejsze. De Gaulle uważał, że narody są wieczne i niezmienne, co różni je od ideologii, do których generał nie przywiązywał większego znaczenia sądząc, że szybko przemijają i że są jedynie narzędziem podporządkowanym narodowym interesom. Głównymi aktorami na arenie międzynarodowej są bowiem narody-państwa, a podstawą życia międzynarodowego jest ich współpraca i rywalizacja, wynikająca z różnych interesów narodowych. Interes narodowy to dla de Gaulle'a pewna obiektywna kategoria właściwa dla każdego państwa, niezależna od upodobań społeczeństwa i zdecydowanie ważniejsza od jego dobrobytu. Z tego powodu polityka zagraniczna, której podstawowym celem powinna być właśnie realizacja interesu narodowego, nie może być uzależniona od polityki wewnętrznej, od oceny obywateli, ani od partyjnych rozgrywek. Politykę zagraniczną powinien prowadzić jednoosobowo przywódca państwa obdarzony szerokimi kompetencjami, a jednym z jego naczelnych celów powinna być niezależność państwa oraz "polityka wielkości", które są kwintesencją interesu narodowego.

Wielkość i niezależność są szczególnie ważne, jeżeli państwo nie jest już wielkim mocarstwem, gdyż pozwalają one zrekompensować spadek jego znaczenia na arenie międzynarodowej. Tylko niezależna polityka może uchronić państwo od podporządkowania się dominacji jednego z supermocarstw, którym marzy się światowa hegemonia - bez tej niezależności, państwo szybko stanie się kolonią lub protektoratem któregoś z wielkich mocarstw, utraci narodowego ducha i przestanie zasługiwać na miano państwa-narodu. Wielkość i niezależność mają także dwa ważne cele na polu polityki wewnętrznej. Po pierwsze, mają one dać obywatelom poczucie mocarstwowości, pomóc im zapomnieć o tragicznej przeszłości narodu i ułatwić odzyskanie wiary w siebie. Po drugie, niezależna polityka ma zwiększyć jedność narodu rozdartego wewnętrznymi konfliktami - społeczeństwo bowiem w naturalny sposób skupi się wokół charyzmatycznego przywódcy, który poprzez politykę wielkości przywrócił narodowi jego godność i znaczenie w świecie. Tak oto, mimo niewielkich możliwości, średnie państwo może wciąż odgrywać znaczącą rolę na arenie międzynarodowej, a naród - przezwyciężyć wewnętrzne podziały i odzyskać poczucie własnej wartości, by lepiej stawić czoła wyzwaniom współczesności.

Niezależna polityka zagraniczna nie uniemożliwia oczywiście współpracy pomiędzy państwami, choć nakłada na nią pewne ograniczenia. De Gaulle już od końca II wojny był gorącym zwolennikiem współpracy europejskiej i z tego powodu można by go z pewnością uznać za jednego z "ojców Europy". Jego koncepcje odbiegały jednak znacznie od propozycji "ojca" Wspólnot Europejskich Jeana Monneta, co sprawiło, że generał zyskał sobie wielu przeciwników po obu stronach Atlantyku. Dla de Gaulle'a Europa miała być przede wszystkim Europą państw, czyli zjednoczonym kontynentem opartym na ścisłej współpracy politycznej członków EWG, ale nie na ponadnarodowej integracji. Europa może bowiem istnieć tylko na mocy swych narodów. By być Europejczykiem nie można być bezpaństwowcem, ale trzeba dać się prowadzić duchowi ojczystego kraju, tak jak to czynili wielcy europejscy pisarze - Chateaubriand, Goethe, Byron, Tołstoj. Dlatego właśnie, struktury europejskie, które chciałyby przekształcić się w super-państwo kosztem suwerenności panstw członkowskich, muszą zostać podporządkowane europejskim rządom. Europa sedziwego generała to w nastepnej kolejności "Europa europejska", czyli ściśle współpracujące państwa zachodnioeuropejskie pozostające w równoprawnym sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, ale jako niezależny i równoprawny partner.

Zdaniem de Gaulle'a, nie można się bowiem zgodzić na amerykanską dominację w Sojuszu Atlantyckim, dlatego też konieczna jest, z jednej strony, reforma NATO, tak by lepiej uwzgledniał on interesy wszystkich członków, z drugiej zaś - zachowanie szerokiej autonomii w ramach Sojuszu. Tylko własny, niezależny potencjał obronny może bowiem w pełni zagwarantować obronę przed ewentualną agresją, gdyż pomoc amerykanskich sojuszników zawsze pozostanie niepewna. Ponadto, co równie ważne, daleko posunięta integracja struktur wojskowych Sojuszu po prostu mija sie z celem - żołnierze sił NATO pozostają bowiem przede wszystkim obywatelami panstw członkowskich i z tego powodu dużo chetniej bedą oni służyć pod ojczystym sztandarem, niż pod sztandarem zintegrowanych sił północnoatlantyckich. Gaullistowska Europa to wreszcie "Europa od Atlantyku po Ural", czyli zjednoczony kontynent obejmujący nie tylko członków EWG, ale także panstwa Europy Wschodniej, co do których de Gaulle nie miał wątpliwości, że odrzucą one kiedyś komunizm, by powrócić do narodowych tradycji.

Generał odszedł w 1969 r. w poczuciu porażki - ani francuskie społeczenstwo, ani panstwa europejskie, ani przede wszystkim żadne z supermocarstw nie były wówczas gotowe, by zakonczyć podział naszego kontynentu na dwa bloki, który skazywał panstwa Europy Wschodniej na sowiecką dominację i skłaniał Europę Zachodnią do ścisłego podporządkowania się Stanom Zjednoczonym. Dziś jednak, gdy skonczył się system jałtanski, a świat staje przed wyzwaniami globalizacji, pytania postawione przez generała stają się coraz bardziej aktualne. Co jest ważniejsze - suwerenność państwa i interes narodowy czy też decyzje organizacji miedzynarodowych i współpraca z europejskimi partnerami? Czego chcemy - Europy państw czy też europejskiego super-państwa, Stanów Zjednoczonych Europy, które proponował Jean Monnet? Za czym się opowiadamy - za zachowaniem dorobku cywilizacji europejskiej, cywilizacji Chateaubrianda, Goethego, Byrona i Tołstoja, czy też za amerykanską dominacją w kulturze, gospodarce i polityce? Co jest naszym celem - nowa "żelazna kurtyna" na Odrze lub na Bugu, czy też ostateczne przezwyciężenie podziałów na naszym kontynencie, by wspólnie stawić czoła nowym wyzwaniom? Na progu XXI wieku odpowiedź na te pytania wydaje się bardziej potrzebna niż kiedykolwiek.

Andrzej Szeptycki (cetus 1995)
Paryż, 2000 r.



spis treści ↑


Drobiazg



Wycinek z "Przekroju"

Drobiazg, ale miły. Krakowski tygodnik "Przekrój" znany jest z tego, że na ostatniej stronie zamieszcza przegląd ciekawostek. Za którymś razem redaktorzy postanowili przedrukować informację o balu Arkonii. Przy okazji udało się rozstrzygnąć odwieczny problem młodej Arkonii: Resursa Kupiecka jest na Senatorskiej.

BK



spis treści ↑


List fil. Jana Podoskiego do Andrzeja Wajdy



Odpowiedź A. Wajdy

Warszawa, 28 lutego 1996

Szanowny Panie,

w pańskim filmie "Wielki Tydzień", opartym na powieści Jerzego Andrzejewskiego, powtórzył Pan rozmowę Julka i Janka z Żydówką, w której była mowa o młodych ludziach wychodzących z grubymi laskami, aby wybijać szyby i bić Żydów na Nalewkach. Mają to być korporanci z Korporacji Arkonia.

W związku z powyższym, jako jeden z jej członków, informuję, że korporacja Arkonia została założona w 1879 roku w Rydze przez studiujących tam studentów-Polaków. Przyjmowała na członków również polskich Żydów. W 1918 roku, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, tj. 78 lat temu, przeniosła się do Warszawy. (...)

Informuję, że w całej naszej historii nie zdarzył się ani jeden wypadek, gdzie Arkon uczestniczyłby w jakiejkolwiek burdzie anty-żydowskiej. Arkonia była i jest stowarzyszeniem statutowo apolitycznym, a jedyny przypadek czynnego politycznego jej wystąpienia miał miejsce w 1926 roku, gdy w czasie przewrotu majowego Arkonia, jako całość, wzięła udział w walkach w obronie konstytucji. Poległo wtedy dwóch naszych kolegów, a pięciu odniosło rany.

W czasie II wojny światowej zginęło lub zostało zamordowanych 66 Arkonów, w tym 16 w Katyniu. 16 otrzymało order Virtuti Militari, niektórzy pośmiertnie.

Członkami Arkonii byli m.in. gen. Wł. Anders, biskup gdański Ed. O'Rourke, rektorzy Politechniki Warszawskiej Cz. Skotnicki i J. Zawidzki, rektor SGGW (a także wiceminister i 2-krotnie minister WRiOP) prof. dr J. Mikułowski-Pomorski, rektor Akademii Medycznej J. Nielubowicz, wicemarszałek Sejmu RP (kadencji 28-35), S. Czetwertyński i wielu innych zasłużonych Polaków.

Biorąc powyższe pod uwagę, odtworzona w ostatnich latach Arkonia i jej filistrzy czują się głęboko dotknięci wypowiedzią o naszej Korporacji, zawartą w filmie "Wielki Tydzień". Gratulując Panu jego filmu i otrzymanej w Berlinie nagrody, byłbym wdzięczny Panu za odcięcie się od nieprawdziwej i uwłaczającej naszemu Stowarzyszeniu wypowiedzi, w sposób, jaki Pan uzna za wskazany. Jestem do Pańskiej dyspozycji, gdyby chodziło o dalsze informacje i o sposób naprawienia wyrządzonej nam krzywdy moralnej.

Łączę wyrazy prawdziwego szacunku.

Jan Podoski
Prezes Związku Filistrów Arkonii



spis treści ↑


Gdy w żyłach Rysia Manteuffla polska krew zagrała...


Opowiadanie niniejsze odnosi się do wydarzenia, jakie miało miejsce na wiosnę 1934 roku, w Niemczech, w Kolonji.

Grupa studentów Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, w której i ja się znalazłem, odbywała podróż naukowo-turystyczną po Niemczech. Jeden z etapów tej podróży przypadł na Kolonję, gdzie byliśmy podejmowani przez jedną z miejscowych korporacji akademickich. Gospodarze zorganizowali dla nas na swojej kwaterze knajpę piwną. Piwo, którem nas częstowano, okazało się dość "bogate" w alkohol, nic więc dziwnego, że wkrótce wszystkim zaczęło się mocno z głów kurzyć.

Obok mnie siedział Ryś Manteuffel. W pewnym momencie wywiązała się między nim a gospodarzami dość burzliwa dyskusja, z której zrozumiałem, że Niemcy chwalili się przed Rysiem, jako doskonali fechmistrze. A trzeba dodać, że szermierka była ulubionym sportem Rysia. Pozatym jak z rozmowy wynikało, gospodarze dowiedziawszy się, że Rysio nosi nazwisko Manteuffel, chcieli mu udowodnić, że jest niemieckiego pochodzenia. Taka postawa Niemców doprowadziła Rysia do gniewu. Choć ród jego wywodził się z dalekiej Kurlandji, wszyscy jego członkowie uważali się za Polaków i wielkich patriotów polskich.

Dość powiedzieć, że Rysio wyzwał jednego z rozmówców na pojedynek na szable. Chodziło oczywiście o szable ćwiczebne, a nie te używane w normalnych pojedynkach. Spotkanie miało miejsce w piwnicy, której jedyne oświetlenie stanowiła zawieszona u sufitu żarówka. Rysio z miejsca natarł na przeciwnika.Ten zresztą odpierał dzielnie ciosy Rysia, ale przewaga jego była widoczna. Wprawdzie obaj walczący mieli na głowach ochronne hełmy, ale Rysio dość skutecznie "grzmocił" Niemca tak po torsie, jak i po ramionach.

W pewnym momencie Rysio robiąc duży zamach szablą rozbił żarówkę zawieszoną pod sufitem. Zrobiło się ciemno. Gospodarze szybko wymienili żarówkę i walka toczyła się dalej, ale stawała się coraz bardziej zażarta. Wkrótce i nowa żarówka została "skoszona" przez jednego z walczących.

Gospodarze, widząc, że walka zaczyna przybierać niepokojąco ostrą formę, wykorzystali rozbicie drugiej żarówki, aby spotkanie przerwać.

Przeciwnik Rysia, blady na twarzy, podał maskę, mówiąc: "Sie sind tatsächlich ein vorzüglicher Fechtmeister!" (jest Pan doprawdy wyśmienitym szermierzem).

Taką to szkołę dał Rysio Niemcom!

Adam Tokarski (cetus 1933)
Paryż, 2000 r.



spis treści ↑


Listy z Argentyny


Z listu z dnia 10.7.49

Muszę się wytłumaczyć, dlaczego tak długo nie pisałem. Mianowicie, miałem wypadek przy pracy; kawałek stali przy tokarce uderzył mnie w oko i byłem oślepiony w ciągu kilku tygodni. Miałem bandaż na oczach i musiałem siedzieć w ciemnym pokoju. Teraz, chwała Bogu, wszystko jest dobrze i została mi tylko mała blizna, która nic nie przeszkadza. Pracuję już w fabryce, mamy teraz kampanię i dużo roboty. (...)

Muszę napisać źle o Argentynie. Od czasu gdy przyjechałem, zmieniło się tutaj o 180 stopni. Z kraju prosperującego i z dużą przyszłością stał się krajem inflacji, zastoju i braku nawet najbardziej potrzebnych towarów. Niektóre ceny poszły aż trzykrotnie w górę (w ciągu roku), jedzenie drożeje i brak masła, dobrego mięsa itp. Od dwóch tygodni nie jem masła, co mi się w Belgii nigdy nie zdarzało. Moja pensja, 1000 pesos, która przedtem była uważana za dobrą, ledwo mi Listy z Argentyny wystarcza na życie. W Buenos Aires trzeba mieć minimum 1500 pesos na osobę miesięcznie.

Polaków tu sporo, ale przeważnie zawiedzeni, chyba że przyjechali z pieniędzmi i dawno, jak fil. Leszek Muszyński, który się zakorzenił. Ja teraz myślę, aby uciec stąd, najlepiej do Australji, bo to kraj skolonizowany przez Anglosasów, a nie Latyńców. (...)

Jestem 2000 km od stolicy i wśród Indjan. Będę w Buenos Aires w marcu lub w lutym.

Dostałem biuletyn arkoński i chętnie napiszę list odbrązowiający raj argentyński.

Tęsknię za Europą, bo egzotyzm ładny jest na filmach technicolor z Dorothy Lamour, ale w rzeczywistości to moskity, brud i ciemnota. Nasi Poleszucy to wynalazcy w porównaniu z tutejszą mieszaniną biało-czerwono-czarną. Ratuje sytuację wielka liczba obcokrajowców, dużo Szwabów, byłych nazistów, ale teraz super-demokratów. Jesteśmy w wielkiej przyjaźni, w myśl hasła "Polak, Niemiec dwa bratanki". Truję im życie tłumacząc, że Niemcy nigdy się nie odrodzą, że Hitler to tchórz i bandyta i jak zdobywaliśmy po wojnie najlepsze Niemki za dwa papierosy.

Jeżeli wojna się odwleka, siedźcie w starej Europie; prędzej się ona odrodzi, niż zamorskie dzikusy dojdą do jej poziomu. Jedyny plus pobytu tutaj, ze po roku lub dwóch można zostać obywatelem tego kraju i nie robią żadnych wstrętów typu "sales etrangers" i kompleksu DP można się łatwo pozbyć. Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, to grozi im kryzys i bezrobocie, takie mamy tutaj przeczucie. Super produkcja i brak rynków zbytu...

Z listu z 23.8.49

Drodzy koledzy.

Zrobiliście mi jednocześnie i wielką niespodziankę, i przyjemność, przesyłając mi Biuletyn arkoński. Pomimo iż jestem odcięty od świata i rzadko dostaję wiadomości, nie chciałbym zdziczeć kompletnie i stracić łączność z polskością. Utrzymując kontakt z Wami, chciałbym z mej strony uczynić coś, co byłoby przydatne Kolegom. Przynajmniej opisać kraj i ludzi, gdzie żyję. Z moich listów adresowanych do Oskara Ruszczyca opublikowaliście Koledzy niektóre wyjątki. Były to moje pierwsze wrażenia po przybyciu tutaj. Teraz jestem w stanie bardziej obiektywnie opisać Argentynę, a w szczególności północną jej część, podzwrotnikową.

Pracę mam ciekawą, jestem inżynierem w cukrowni, jednej z największych w Ameryce (6 mil. tonn trzciny cukrowej brutto, mielonej w czasie kampanii). Moimi współpracownikami są inżynierowie wszelkich narodowości, oprócz Argentyńczyków: Polak, Szwajcar, Holender i Austryjak, wielki demokrata, tak jak przedtem był wielkim hitlerowcem. Jeżeli chodzi o miejscowych techników, to nie są dużo warci, prócz może architektów, i to włoskiego pochodzenia. Natomiast na rządowe posady przyjmują tubylców, jako że patryjotyzm tutaj kwitnie. Rząd Perona zrobił, trzeba przyznać, wiele dobrego, ale i dużo złego. Podniósł, a raczej usiłuje podnieść, stopę życiową warstw proletarjackich i dał im duże ochrony socjalne, czem zaskarbił sobie miłość poddanych. Coś w rodzaju Ludwika XIV, który rozdawał jednorazowo chleb zgłodniałym rzeszom paryżan. Natomiast ma wrogów śmiertelnych wśród miejscowej arystokracji i kapitalistów, których stara się zgubić, nacjonalizując, co się da. Szczególną chrapkę ma na kapitał obcy, angielski i amerykański. Yankesów tutaj raczej nie lubią, boją się ekspansji ekonomicznej i wpływów politycznych, jak to ma miejsce w innych republikach południowo-amerykańskich (które z tego właśnie powodu mają bardziej stałą walutę). Drugą "idee fixe" Perona jest uprzemysłowienie kraju, które ma piękne plany i wspaniały rozmach, ale robi klapę z powodu nieuczciwości i niezdarności przedsiębiorstw państwowych. Największą bolączką Argentyny są militaryści, którym się wydaje, że Argentyna jest potęgą i grzmią na wszystkie strony odezwy państwowo-twórcze i heilują rządowi na wzór faszystowski.

Nie jestem ekonomistą, ale jestem prawie pewien, że rząd przeliczył się z możliwościami, nie liczył zamiarów na siły, lecz odwrotnie i położył kraj ekonomicznie. Peso leci na łeb, dolary i złoto skoczyły trzykrotnie w cenie, a koszta utrzymania i ceny artykułów pierwszej potrzeby coraz wyższe. Robotnicy strajkują, dopominając się o podwyżki. Rząd, bojąc się stracić stronników, podnosi zarobki, ceny wzrastają jeszcze bardziej, robotnicy strajkują znowu, płace się jeszcze podwyższa, ceny idą w górę... i znamy już dobrze, czem to się kończy - inflacją. Płace nigdy nie mogą dogonić cen. Do tego dochodzą wybitne cechy południowych Latyńców: próżniactwo, pijaństwo i brak woli. Dlatego, pomimo iż kraj ten dzięki swemu bogactwu, dziewiczości ziemi i możliwości eksportu materiałów pierwszej potrzeby, powinien był się stać ośrodkiem dobrobytu, spada po równi pochyłej. Tyle o polityce.

Jeżeli chodzi o nas, emigrantów, to dla inteligencji nie-techników najlepiej wziąć się do murarki, bo to najlepiej płatne rzemiosło, naturalnie trzeba mieć na to końskie zdrowie. Technicy raczej się usadowili i są dobrze zorganizowani w Związku Inżynierów i Techników Polskich. Obecnie, zdaje się, spadł popyt na inżynierów, a podaż jest duża, bo przyjeżdża dużo Szwabów, Włochów i naszych. Medykom nie wolno praktykować, muszą zdać maturę i skończyć uniwersytet miejscowy. W handlu i urzędach prywatnych można się usadowić znając hiszpański. Angielski jest bardzo poszukiwany, lecz tylko obok hiszpańskiego. Francuski i niemiecki są również używane, lecz w mniejszym stopniu niż angielski. Po polsku można się spokojnie porozumieć na miejscowych Nalewkach. W Buenos Aires aż roi się od Żydów, dużo z nich bardzo bogatych i pomagają sobie w sposób bardzo intensywny. Żebyśmy Polacy robili jedną dziesiątą tego, co robią Żydzi dla swoich współplemieńców, to nie bylibyśmy takimi biedakami na emigracji! Ukraińcy, Bałtowie, Niemcy, Węgrzy i Czesi przewyższają nas w organizacjach samopomocy, natomiast my przewyższamy wszystkich w organizacjach politycznych. Zamiast połączyć się w kupę, to nasi kłócą się. Jedni są stronnikami Hrabiego Horeszki, drudzy stronnikami Sędziego.

Tutaj na północy (tzn. w strefie zwrotnikowej, nie mylić z Patagonią, która jest na południu) jestem odcięty od świata i właściwie oprócz pracy nie mogę sobie pozwolić na żadne zainteresowania, chyba zbierać pająki i motyle. List ten piszę mając nocną zmianę; mamy teraz kampanię cukrową. Czytałem właśnie w ostatnim Biuletynie uwagi fil. Jachimowicza o stosunkach syndykatów w Kalifornji. To jeszcze złoto w porównaniu z tym, co się u nas dzieje. Ponieważ wszystkie syndykaty są w ręku Peronowców, a właściciele wielkich fabryk są kontra, więc robotnicy mogą sobie pozwalać na co chcą. Sabotują ile wlezie, inżynierowie nie mogą prawie nic im powiedzieć. Gdy się skieruje robotnika do jakiejś określonej pracy, odmawia on, tłumacząc, że według regulaminu syndykatu ta robota odpowiada innemu itp. W czasie strajków dochodzi do rękoczynów. Dwa lata temu obnażyli publicznie i biczowali urzędników im nieprzyjaznych. Policja i żandarmeria nie interweniowały ze względów politycznych. Dochodzi do tego, że my, biali, musimy się liczyć z tą "Indjanadą", która nawet po hiszpańsku nie mówi.

Co tu jeszcze o Argentynie napisać, chyba ostrzeżenie dla kawalerów. Dziewczynki tu ładne, ale bardzo trudne, gorzej niż w Polsce przed wojną, albo małżeństwo albo nic. Zwyczaje hiszpańsko-średniowieczne, jak za Izabeli Katolickiej. Klimat gorący i wilgotny, flora i fauna podzwrotnikowa, moskity, węże, pająki włochate wielkości pięści, papugi, rybki w rzekach (Pilcomayo), które człowieka lub inne bydlę w ciągu minuty objedzą do kości.

Do Oskara Ruszczyca pisałem niedawno, ostrzegając go trochę przed Argentyną, aby się nie zawiódł, bo od roku dużo się tu zmieniło. Ja osobiście bardzo żałuję Belgji i dopiero teraz oceniam ciężkich i dobrodusznych Flamandów, mając za dużo do czynienia z miejscowymi Latyńcami. Żeby nie fakt, że pracę mam ciekawą i mogę się dużo nauczyć, gdyż inżynier w krajach kolonialnych jest wszystkim: szefem, majstrem, mechanikiem, tragarzem i pośmieciuchem, wyjechałbym stąd dawno. Mieszkam wraz z kolegą moim, Polakiem, w przyzwoitym domku i w wolnych chwilach sadzimy banany. Finansowa strona życia wygląda tak, że się żyje od pierwszego do pierwszego, gdy nie warto tego peso oszczędzać, bo ciągle spada na wartości. Co zjadłem i przepiłem, to moje, zasada starego kacetowca (nr 760 Oświęcim).

Hallo, Wiesio Wagner. How are you, boy? Żujesz gumę na wykładach i tańczysz boogie-woogie z Ginger Rogers? Pozdrów Reda Skeltona i Danny Kay'a. Ostatni raz widzieliśmy się w Louvain i nic nie mówiłeś, że będziesz niedźwiednikiem w Ameryce i uczył G.I. filozofji metodą taśmową.

Kończąc, mam wielką prośbę do Kolegów. Chodzi o przesyłanie Biuletynów p. Gabszewiczowej, wdowie po śp. fil. Gabszewiczu. Jest ona Belgijką z urodzenia, ale wielka patriotka polska i arkońska. Pomaga Polakom w Belgji jak tylko może i to ze skutkiem. (...) Nie wiem, jakim sposobem przesłać składki, ze względu na ograniczenia dewizowe. Może filister L. Muszyński ma jakieś drogi, to się z nim rozliczę w miejscowej walucie. Łączę arkońskie pozdrowienia...

Andrzej J. Baliński (cetus 1937)

Pierwodruk: Biuletyn Arkoński nr 3/1949



spis treści ↑