Arkonia - Polska Korporacja Akademicka
 
> Strona główna > Czytelnia > Biuletyn Arkoński > nr 41


Biuletyn Arkoński nr 41 - spis treści


•  

Artykuł redakcyjny - Bartłomiej Kachniarz

•  

Część oficjalna - składy prezydiów, pogrzeby, śluby

•  

Zjechały się korporacje - Bartłomiej Kachniarz i Adam Wiejak

•  

Spostrzeżenia Wiedeńczyka - Jakub Rak

•  

Dwie garście wspomnień z Podola - Szymon Kachniarz i Konrad Brywczyński

•  

Imprezy arkońskie maj 2002 - grudzień 2002 - Wojciech Sława Darkiewicz

•  

Bałtycki łącznik - Konrad Brywczyński

•  

Po co wlepiać eksy? Kilka uwag o zwyczajach. - Adam Wiejak

•  

Wileński obrazek - Marcin Nowina Konopka

•  

O łączności arkońskiej - Fil. Alfred Dziedziul

•  

Jeszcze o łączności - Bartłomiej Kachniarz

•  

Wspomnienia z lat uniwersyteckich - Fil. Marian Kamil Dziewanowski

•  

Po co Arkonii bal? - Wojciech Z. Dziomdziora

•  

Spomiędzy regałów - Tomasz Jadowski

•  

Ale szopka - Fil. Zbigniew Jan Tyszka

•  

Wspominki z oflagu - wspominki Fil. Romana Sroczyńskiego




Artykuł redakcyjny


Drodzy Czytelnicy!

Nowy numer jest wyjątkowo nowy. Ożywienie publicystyki arkońskiej przeszło moje oczekiwania i spowodowało marginalizacje działu historycznego. Z przedruków ostał się tylko fil. A. Dziedziul, narzekający na słabą łączność miedzy Arkonią czynną a filisteriatem, wiec w sumie sprawa aktualna. Wspominkowy tekst o przedwojennych kabaretach warszawskich nadesłał zza Atlantyku fil. M.K. Dziewanowski.

Stałą częścią Biuletynu stają się relacje Arkonów z imprez wyjazdowych; w końcu chodzi nie tylko o to, żeby nieobecni żałowali, ale żeby wiedzieli, czego mają żałować. Dwa dwugłosy: S. Kachniarz i K. Brywczyński o Kamieńcu Podolskim, ja i A. Wiejak o zlocie korporacji w Wurzburgu. Z rozjazdów jeszcze: J. Rak odwiedza korporantów w Wiedniu, M. Nowina Konopka wskrzesza polskie Wilno, a prezes Brywczyński zaszczyca swą obecnością Tallin.

Wreszcie teksty dyskusyjne: przemyśleniami o balach dzieli się W. Dziomdziora, o eksach A. Wiejak, a o bibliotece - T. Jadowski. Niżej podpisany - o łączności, na marginesach tekstu fil. Dziedziula.

Z. Tyszka swoim zwyczajem chłoszcze biczem satyry osoby nie znające się na owcach i kozach, a W. Darkiewicz udowadnia, że półroczne sprawozdanie z imprez może być wulkanem dobrego humoru. Filister Sroczyński robi sobie żarty nawet z oflagu!

W okolicach Sylwestra 200ł r. przez internetową listę dyskusyjną Arkonii przetoczyła się dyskusja na temat Czesława Miłosza i jego stosunku do wileńskiego Konwentu Polonia. Później temat rozszerzył się do kwestii, czy artyści potrafią znaleźć swoje miejsce w korporacjach akademickich. Dyskusja była na tyle ciekawa, że postanowiłem ją zamieścić w Biuletynie. Jeden z dyskutantów odmówił zgody na opublikowanie jego listów, wiec przedrukowałem jedynie znaleziony przezeń fragment wspomnień Miłosza.

Życzę miłej lektury. Zachęcam do współpracy.

Bartłomiej Kachniarz (cetus 1995)



spis treści ↑


Część oficjalna


1. Skład Zarząd Związku Filistrów Arkonii

Prezes: Ignacy Wilski
Wiceprezes: Andrzej Kuśmierz
Wiceprezes: Wojciech Nielubowicz
Sekretarz: Gerard Dźwigała
Skarbnik Rafał Kozłowski

2. Skład Prezydium Korporacji Akademickiej Arkonia

Prezes: Konrad Brywczyński
Wiceprezes zewnętrzny: Adam Wiejak
Wiceprezes wewnętrzny: Janusz Tomaszewski
Sekretarz: Piotr Cichy
Skarbnik: Ireneusz Kossakowski

3.Oldermani:

Cetus 2001: Łukasz Wojdyga
Cetus 2002: Szymon Kachniarz



spis treści ↑


Zjechały się korporacje


Pojechaliśmy z Adamem Wiejakiem i kol. Tomaszem Doroszem z korporacji Rheno-Nicaria z Mannheim do Würzburga na Światowy Zjazd Korporacji, od 15 do 17 listopada 2002 r. Z dojazdem było cokolwiek zabawnie, bo co prawda wszyscy zaczynaliśmy w Warszawie, ale każdy wybrał inną trasę i w innych terminach, więc ostatecznie, mimo że jechało nas trzech, każdy jechał sam.

Na samym Zjeździe bardzo miło było. W piątek zrobiliśmy "polski wieczór" - trzy nasze wykłady pod rząd, zainteresowanie mogłoby być większe. Tematy: "Arkonia: Ryga-Moskwa-Warszawa-Londyn, historia pewnej korporacji", "Odrodzenie polskiego ruchu korporacyjnego po II wojnie światowej", "Stosunki arkońsko-niemieckie na przestrzeni dziejów".

Było ciekawie. Ludzie przede wszystkim pytali, czy u nas jest menzura - pytali o to za każdym razem i jako o pierwszą kwestie! Oni mają na tym punkcie monomanie chyba.

Poza tym pytali, czy przyjmujemy obcokrajowców (albo po prostu ludzi innych narodowości). Adaś Wiejak się wił i kręcił, bo się nie bardzo chciał przyznać, że nie. A oni naciskali, że tak, że to konieczne itd. Wstał nawet koleżka z niemieckiej korporacji z Lozanny i powiedział, że reprezentuje korporacje Niemców w zachodniej (francuskiej) części Szwajcarii. Jakiś czas temu przyjęli jednak Brazylijczyka, a ostatnio Franko-Meksykanina i pomysł krzewienia niemczyzny na terenach frankofońskich zaczął im się trochę rozmywać.

Zaszokowaliśmy ich teorią "oddawania siły i krwi w pierwszym Jej obrońców szeregu". Po namyśle zasugerowano nam, że w takim razie to wszyscy Arkoni powinni zostać oficerami, żeby to oddawanie było prowadzone profesjonalnie.

Poza tym proponowali reinterpretacje "zasady narodowej" w duchu "Noch ist Polen nicht verloren", ze wskazaniem na to, że "Polen" = "Freiheit" i że jeśli ktoś umiera za Freiheit to tak jakby umierał za Polen - w końcu to za naszą wolność i ich. Ktoś był też łaskaw zauważyć, że w dobie NATO stało się cokolwiek nieoczywiste, kto, za kogo umiera, zwłaszcza, że główna część rzeczywistych walk zbrojnych odbywa się w ramach misji pokojowych w dziwnych krajach na całym świecie, zaś umieranie za Deutschland stało się niesprzeczne z umieraniem za Polen.

Podsumowano nas, że jesteśmy "optymistycznie konserwatywni" i że mamy się co prawda od nich czego uczyć, ale oni od nas też (padło to w uroczystej mowie końcowej). Trochę się śmieją (z pełną wzajemnością), że my to ultrakonserwatyści, a najtwardsze Corpsy to dla nas i tak pokolenie 68. Ostatecznie ktoś zasugerował, że nasza ideologia jest na warunki niemieckie najbardziej zbliżona do Corpsów, ale nie dzisiejszej, tylko tej, którą wyznawały w latach 30.

Bardzo przyjemne było spotkanie z członkami hamburskiej Concordii Rigensis (http:// www.concordia-rigensis.de/). To właśnie dzięki jednemu z nich - Thomasowi Schmidtowi - dostaliśmy bez problemu nocleg na kwaterze Corpsu Rhenania w Würzburgu. Concordusi podobnie jak my (a może nawet bardziej!) przeżywają swoją bałtyckość. Czasem nawet bałtyckość wydaje się im ważniejsza od niemieckości.

Sama kwatera Rhenanii to ładny pałacyk Huttenschlosschen położony w centrum miasta, zaraz za plantami, nad samym Menem. Po ogrodzie kwatery chadzają normalne wycieczki turystyczne, z przewodnikiem.

Maja tam ładną sale balową, ale jak na bale arkońskie podejrzanie małą. Istotnie - na balu goszczą nie więcej niż 100 osób. W sali obok bardzo piękny, warty do zaprowadzenia i u nas, zwyczaj – fotografie wszystkich filistrów, ułożone kolejnymi cetusami. Najstarsze - czarne sylwetki z pokolorowanymi deklami, nowsze (chyba się wzbogacili) portrety piórkiem, potem fotografie aż do 2002 roku, te ostatnie rzecz jasna barwne. Rzut oka na pierwsze zdjęcia kolorowe, te z lat. 70. Wykazuje bezspornie, że zdjęcia czarno-białe są (były?) jednak trwalsze i starzeją się z większą godnością

W sali knajpianej dość przykry kwaśny zapach zepsutego piwa. Podłoga się lepi. Zaprowadzono mnie jeszcze do chłodnej piwnicy, gdzie w ciasnym betonowym pomieszczeniu jest tylko wąski stół i pełno skrzynek piwa "Oettinger", które jest podobno tak niesmaczne, że trzeba je obowiązkowo pić na "eksa". Na pewno jest to piwo tanie - 5 euro za skrzynkę. Popularne jest jednak na tyle, że browar jako jeden z niewielu w Niemczech ma spore dochody.

Przyjście na kwaterę Rhenanii w piątek wieczorem było dla mnie związane z dość przykrym widokiem. Otóż dwóch komilitonów właśnie wymiotowało do specjalnie w tym celu przygotowanych ocynkowanych misek. Czyli - nie był to wypadek przy pracy, a raczej z góry przewidziany rezultat imprezy. Poranny spacer po ogrodzie to też przykre wrażenia - porozbijane kufle, na schodach XVIII-wiecznego pałacyku wymiociny.

Picie piwa łączy się u nich z kolejnym teutońskim zwyrodnieniem. Mają mianowicie obyczaj "Bierjunge" polegajmy na tym, że dwaj koledzy jak najszybciej wypijają ćwierć litrowy kufelek. Porażka.

Z Adasiem chodzilim po kwaterach. Byliśmy m.in. w Burszenszafcie Arminia (Arminius to Herman der Cherusker, ten od bicia Rzymian w Lesie Teutoburskim w północnych Niemczech, znany wszystkim z "Rozmów z katem") oraz Landsmanszafcie Teutonia. Na kwaterze Arminii mają na ścianie plakat z Różewiczem.

Rozumiemy się z nimi nieźle, zwłaszcza ze starymi filistrami. Byli generalnie bardzo zadowoleni z naszej wizyty. Nie było problemów z "zasadą narodową" - my mamy swoją, oni swoją i tak trzymać. Kiedy śpiewali o Arminusie, ja powiedziałem, że nie śpiewam, bo tej piosenki to nie znam, a poza tym to raczej sympatyzuje z Rzymianami. Odpowiedź uśmiech, pełen luz. Moje obyczaje knajpiane były za to przyjmowane z nieco mniejszym zrozumieniem ("...a kolegę Ray Charlesa z Polski prosimy o wzmocnienie się").

Ciekawa rzecz, że sam Dachyerband, czyli związek korporacji, to nie wszystko. Na kwaterze Teutonii prawie wszyscy byli w ciemnych garniturach (!), ale jeden Burszenszaft (chyba, mogli to być też Landsmani) byli w komplecie w swetrach. Czyli że dużo zależy od tego, jaki poziom trzyma dana korporacja i że zależy to od własnej decyzji.

Generalne wrażenie - niezwykle istotna jest dla nich menzura. Podejrzanie istotne - uchlewanie się.

Sprawa VPC - Ogółu Polaków-Korporantów za Granicą - spotkała się z zainteresowaniem. Tam, co drugi ma dziewczynę lub żonę z Polski, co piąty dziadka lub babkę. Jak się zaczną odzywać, może być ciekawie.

W sumie nie było źle.

Bartłomiej Kachniarz (cetus 1995)


* * *

No cóż, relacja Ignaca napisana jest zawadiackim jeżykiem Ignaca. Nic wiec dziwnego, że Niemcy jawią się w niej - ogólnie rzecz ujmując - jako odmienni od nas nie tylko na niwie językowej. Tymczasem mój ogląd sprawy jest nieco odmienny i ze względu na sprawowaną funkcje utrzymany w sjerjoznym tonie.

Rzeczywiście korporanci zza Odry różnią się znacznie od dzisiejszej Arkonii, ale przyczyn tego stanu rzeczy upatruje w ogólnej kondycji ich ruchu korporanckiego.

Podstawowym kłopotem, z jakim się borykają, pozostaje nabór i niejednokrotnie słyszałem, że przyjmują kogokolwiek, a i tak tych "którychkolwiek" mają jak na lekarstwo. Instytucja zapraszania, kombinowania takich czy innych sposobów wyszukiwania ludzi zdaje się nie istnieć. Stąd radosna burszonada, której skądinąd jestem zwolennikiem, nie niesie ze sobą nic poza zapychaniem papstów.

Nierzadko zdarza się, że ludzie spoza ośrodków akademickich znajdują na kwaterze tani kąt. Menzurę odfajkują, bo to fajny sport, a z resztą zdołają jakoś utrzymywać pozory. Jednak, gdy przychodzi do łożenia filisterskich składek na utrzymanie młodszych kolegów i przede wszystkim na utrzymanie domu korporacji, dają sobie spokój z barwami. Stąd ogromna liczba wystąpień i jeszcze większa wykluczeń, o której słuchaliśmy na bardzo ciekawym wykładzie o naborze.

Ponadto pamiętać należy o fatalnej społecznej atmosferze wokół korporacji w Niemczech:

1. Przerażająca wręcz lewicowość niemieckiej prasy, która wymywa się na korporacjach, jak tylko może (dziękujmy Bogu za to, że polskie media na ogół nas olewają);
2. Przeoranie mózgów akademickich po roku 68, co sprawia, że już dziś rektorzy dwóch niemieckich uniwersytetów (m. in. w Kolonii) zabronili noszenia barw korporacyjnych na uczelniach; myślę, że to dopiero początek.
Ergo: niemieckie korporacje muszą stale udowadniać, że nie są wielbłądami. Doprowadziło to do obecnej sytuacji, gdzie niedługo za wspomnienie o obronie ojczyzny czy o przyjmowaniu jedynie Polaków wsadzą nas w getto ławkowe.

Z porównaniem dążeń narodowowyzwoleńczych do drogi ku wolności zgadzam się całkowicie. W końcu po I wojnie światowej i ustaleniu się granic, ledwie 65% mieszkańców naszego narodowego państwa było Polakami. Mimo to mieliśmy ojczyznę, i w gruncie rzeczy nie tylko my, na co wskazała konstytucja marcowa i co zachowała kwietniowa. Dla wielu bowiem odrodzenie Polski było ziszczeniem marzeń o wolności, które w XIX w. znajdowały poparcie na Zachodzie, na co zresztą wskazywałem w wykładzie. Porównania wiec dążeń niepodległościowych Polaków do walki o wolność w żadnym razie nie uznałem za chybione, choć nie ukrywam, że nie w każdym punkcie można było u Niemców znaleźć zrozumienie.

Adam Wiejak (cetus 1999)



spis treści ↑


Spostrzeżenia Wiedeńczyka


Pierwsza próba, jaką podjąłem, by skontaktować się z Corpsem Hellas (http:// www.hellas.at) w Wiedniu, nie zakończyła się pomyślnie. Spotkanie zostało przeniesione na pobliski Weihnachtsmorkt w celu wychylenia szklaneczki ciepłego Glühwein lub Orangenpunch. Niestety tam też nie udało mi się nikogo zastać. Tydzień później - 28 listopada 2002 r. -podjąłem drugą próbę.

Po opowieściach Tomka Skajstra a potem Ignaca relacjach z Würzburga miałem pewne obawy, ale okazało się, zupełnie niesłusznie. Zostałem mile przyjęty i poczęstowany kufelkiem najpopularniejszego, acz wcale smacznego Ottakringera. Pierwsze kilka chwil spędziliśmy w bardzo miłym pomieszczeniu, gdzie nad kranikiem role barmana pełnili po kolei wszyscy obecni barwiarze(!) oraz fuksy.

Na początku wydawało mi się to trochę dziwne, że barwiarze również serwują trunki, ale po wiadomości, iż wszystkich aktywnych członków Hellas zu Wien jest 5 (słownie: pięciu!!!), w tym dwóch fuksów, przestałem się dziwić. Moja konkluzja, że my też mamy problemy z rekrutacją, bo w jednym cetusie mamy tylko ok. 4-5 fuksów, wywołała wiec zrozumiały wybuch radości.

To co zwróciło też moją uwagę, to bardzo liczna obecność Filistrów; było ich około piętnastu.

Bardzo mnie na początku przepraszano, że musimy rozmawiać tak na stojąco. Wynikało to z faktu, iż pozostałe, nie wiem czy wszystkie, pomieszczenia zajęte były przez biorących udział w menzurze. Hellas są pflichtschlagende czyli mają obowiązek menzury. Na szczęście nie mają zwyczaju ciecia po twarzy, choć kilku miało szmisy.

Na początku nie zwróciłem na to uwagi, ale co jakiś czas migał człowiek w białym kitlu. Kim jest i co robi dotarto do mnie dopiero gdy wpadł po coś do naszego baru, cały zalany krwią, nie własną oczywiście.

Po jakimś czasie zostałem zaproszony do bardzo miłego pokoju pamiątek, gdzie spędziliśmy jeszcze ładne dwie lub trzy godziny, dyskutując. Korzystając z chwili zamieszania wyszedłem z pokoju. Naprzeciw drzwi znalazłem sale do menzury... Nie jest to specjalnie bogato dekorowane pomieszczenie. Członkowie Hellas są z niej mimo to bardzo dumni ponieważ mają największą sale ćwiczebną w całym Wiedniu. Na wyposażenie sali składają się różnej wielkości manekiny do ćwiczenia cięć i pchnięć.

Centralnym miejscem jest oczywiście „udeptana ziemia". Nazywa się to Paukenboden, czyli „podłoga do pałowania, bębnienia" i wygląda dość niecodziennie. Jest to zagłębienie w podłodze głębokości ok. 10 cm, wyłożone kafelkami, swego rodzaju basen. Podłoga jest specjalnie profilowana aby ułatwiać spływ... wody. Nieodzownym elementem wyposażenia jest oczywiście wąż z końcówką gwarantującą wysokie ciśnienie wody. Do czego służy, pozostawiam wyobraźni czytelnika... Dodać mogę, że miałem okazje oglądać Paukenboden przed sprzątaniem i, przyznam, nie jest to widok dla Pan. Nie przejąłbym się podłogą skropioną krwią ćwiczących lecz to, co zastałem, przypominało raczej rzeźnie niż sale ćwiczebną.

Podobny widok zastałem w kolejnym pomieszczeniu, czyli szpitalu. Jest to pokój przylegający bezpośrednio do sali ćwiczebnej, aby nie trzeba było zmywać korytarza. Dokonuje się tam niezbędnych czynności medycznych, z zakładaniem szwów włącznie, jako że nie ma zwyczaju chodzenia po menzurze do prawdziwego szpitala. Obowiązkowym uczestnikiem każdego treningu jest oczywiście lekarz, obecny aż do opuszczenia sali przez wszystkich.

Kto wygrał, a kto został pokonany, można oceniać nawet nie widzą samych uczestników. Oprowadzając mnie po kwaterze jednoznacznie stwierdzono wynik pojedynku wyłącznie na podstawie wielkości plam na podłodze ambulatorium. Jak na plamy krwi to, przyznam szczerze, były dość duże. Jeśli powiem, że miały pół metra na pół metra to chyba niewiele się pomylę.

Na moje zainteresowanie losem pojedynkowiczów i zwyczajem menzury natychmiast zostałem zaproszony na trening i wręczono mi cały Paukenplan Corps Hellas. Zajęcia odbywają się pięć razy w tygodniu, z czego każdy fuks musi brać udział w minimum dwóch. Jak długo trwa cykl szkoleniowy, tego niestety nie wiem. U Hellas istnieje wymóg dwóch cykli, lub turniejów szkoleniowych, aby uzyskać pełne barwy i kolejnych dwóch aby uzyskać odpowiednik rekomendacji do Związku Filistrów. Ciekawe, jak by u nas wyglądały ćwiczenia z fechtunku.

W późniejszej dyskusji wiele czasu i siły poświęciłem tłumaczeniu, że zgadzam się z ideą ćwiczenia stanowczości i poświęcenia w obronie własnych wartości i honoru. Próbowałem wyjaśniać, że również dla nas jest to bardzo ważny element wychowania, ale mamy inne sposoby kształcenia tych cech u swoich członków.

Spotkanie zakończyliśmy po godzinie 0.00 serdecznym pożegnaniem i jeszcze serdeczniejszym ponownym zaproszeniem do ponownych odwiedzin. Mimo pięciu Corpsów istniejących w Wiedniu, jedynie dwa są obecnie funkcjonujące. Pozostałe trzy z powodu braku aktywnych członków przeszły w stan chwilowego, jak wszyscy mówią, wygaszenia. Nie twierdze przy tym, iż powodem tego jest menzura, ale odgrywa ona dużą role w kształtowaniu opinii i wizerunku Corpsów. Miejmy nadzieje, że Arkonii uda się uniknąć takiej przyszłości.

Jakub Rak (cetus 1998)



spis treści ↑


Dwie garście wspomnień z Podola


Już drugi rok z rzędu pojechaliśmy do Kamieńca Podolskiego, by w miarę swych możliwości wspomóc ojców paulinów z parafii św. Mikołaja w remoncie w klasztorze podominikanskim. Początkowo planowaliśmy podróż na Ukrainę pociągiem, jednak okazało się, że o. Alojzy, proboszcz parafii wraz z kierowcą Staszkiem przyjadą do Warszawy. O. Alojzy zlecił nam kupno 400 kg gipsu ceramicznego dla pracujących w klasztorze konserwatorów, l sierpnia wieczorem, w grupie trzech Arkonów (Tomek Apel, Szymon Kachniarz, Janusz Tomaszewski) zapakowaliśmy parafialny furgon narzędziami, gipsem i paroma zgrzewkami „Claromontany", firmowej wody paulinów z Jasnej Góry.

Na miejsce dotarliśmy dopiero 2 sierpnia wieczorem. Ci z nas, którzy pamiętali stan klasztoru z poprzedniego roku, byli miło zaskoczeni tym jak bardzo posunęły się prace remontowe. O ile w zeszłym roku trzeba było spać na szlichcie w niemalowanych pomieszczeniach, to teraz mieliśmy do swojej dyspozycji wyposażone pokoje z łazienkami.

W sobotę ł sierpnia zabraliśmy się ostro do pracy. Zostaliśmy obarczeni zadaniem rozładunku 10.000 cegieł, które właśnie przyjechały z czerniowieckiej cegielni. Grupa wyznaczona do tego zadania poza nami, składała się głównie ze starszych parafianek, co dopingowało nas do tym żwawszej pracy. Pod wieczór do naszej grupy dołączyło dwóch gdańskich Polonusów-Piotr Adamkowicz i Maciej Klonowski. Cały turnus skompletowany został w poniedziałek po południu, gdy dojechało dwóch ostatnich Arkonów, Kuba Rak z Andrzejem Szeptyckim.

Z dużą serdecznością podjęła nas gospodyni, pani Antonina, która karmiła nas niezwykle obficie. Z dziennego trybu śniadanie-obiad-kolacja musieliśmy się wiec przestawiać na tryb obiad-obiad-obiad.

Nasza praca polegała głównie na oczyszczaniu sklepień z ziemi i gruzu, a wiec kontynuowaliśmy prace z poprzedniego roku. Oprócz tej dość monotonnej pracy, zdarzały się także zajęcia ciekawsze, do których należało wykonanie niszy w murze w kościele Żwancu. Zgodnie z dalekosiężnymi planami o. Alojzego, w niszy miał stanąć pomnik wywiezionych na Wschód. W murowaniu pomagał nam wydatnie (a właściwie wziął na siebie główną część pracy) Siergiej, kościelny ze Żwańca

Kuba Rak, jako najlepszy kierowca z naszego grona, często wyjeżdżał w teren dostawczym furgonem, w czym wyręczał Staszka, który zdradzał objawy przemęczenia.

Pojechaliśmy także na wycieczkę do Czemiowców, gdzie odwiedziliśmy polską parafię. Mieliśmy w planach także wizytę u kolegów z korporacji „Bukowina", jednak nie udało nam się skontaktować z jej prezesem. Gdy już wróciliśmy późnym wieczorem do klasztoru, okazało się, że z wytęsknieniem oczekują nas konserwatorzy, którzy właśnie wybierali się do Warszawy. Kuba po krótkiej toalecie porwany został jako drugi kierowca

Do Warszawy jechaliśmy przez Lwów, po drodze zatrzymując się w Krzemieńcu i Ławrze Poczajowskiej. We Lwowie czekała nas jeszcze jedna atrakcja. Z kolegami, którzy przyjechali na II turnus poszliśmy na obiad do restauracji przy Prospekcie Swobody. Posiłek skończyliśmy na niecałe 20 minut przed odjazdem autobusu rejsowego z Dworca Stryjskiego. Na szczęście mieliśmy kupione wcześniej bilety, ale przejażdżka i tak była bardzo emocjonująca.

Szymon Kachniarz (cetus 1997)


* * *

Arkonia już w zeszłym roku podjęła współprace z Paulinami, którzy przejęli zabytkowy podominikański klasztor w Kamieńcu Podolskim. Podobnie, jak rok temu, także w AD 2002 odbyły się dwa turnusy. Miałem zaszczyt kierować drugim z nich.

Początkowo, tj. 15 sierpnia, pojechały trzy osoby: fuks Maciek Popławski, jego sympatyczny kolega, Janek Chmielewski (student II roku historii, obecnie gość Arkonii) i ja. Po paru dniach dotarli jeszcze Tomek Dorosz (Rheno-Nicaria), Krzyś Konopka (Corolla) i Tomek Skajster.

W klasztorze kontynuowaliśmy odgruzowywanie stropów na I piętrze. Ściśle-chodziło o wybieranie ziemi i kamieni. Robiliśmy to bardzo dziarsko, upraszczając metodę poprzedniej ekipy. Zrezygnowaliśmy ze zwożenia kubełków ziemi i gruzu kołowrotem, gdyż uznaliśmy to za niepotrzebne spowalnianie pracy. W związku z tym udało nam się zrobić w klasztorze nieco więcej, niż poprzednia ekipa, przy mniejszym składzie - a co, pochwalmy się! - choć bez pracy poza klasztorem.

Co do wrażeń pozaroboczych: obejrzeliśmy naturalnie zamek w Kamieńcu. Zwłaszcza jego widok o zmierzchu robi piorunując wrażenie. Zwiedziliśmy katedrę, o. Alojzy, proboszcz parafii na Dominikańskiej, umożliwił nam wejście na stojący przy niej minaret skąd rozpościerają się niesamowite, zapierając dech w piersiach widoki. Chodziliśmy po okolicznych łąkach...

Byliśmy w Chocimiu, gdzie poza zwiedzaniem zamku oraz umocnień nawiązaliśmy kontakty z aktywem miejscowej grupy skinheadów (zmuszeni byliśmy wypić z nimi za polsko-ukrainską drużbę i za polskie i ukraińskie dziewczyny, po czym szczęśliwie za pomocą drobnego wybiegu rozstaliśmy się). Następnie udaliśmy się do Żwańca, skąd już pieszo poszliśmy w okolice Okopów Św. Trójcy, gdzie wykąpaliśmy się w rzece, niemal w Dniestrze. Niektórzy koledzy zostawili tu wota w postaci telefonów i okularów. Choć się do tego głośno nie przyznali, na pewno chodziło o szeroko rozpowszechniony zwyczaj, wrzucania drobnych, aby powrócić kiedyś w dane miejsce. Pewnie nie mieli bilonu.

Następna wycieczka była jeszcze bardziej fascynująca. Namawiając dość przypadkowo spotkanego kierowcę busa pojechaliśmy skrótową, malowniczą drogą przez góry do Kitajgorodu. Tam odbyły się kolejno: spożywanie arbuza (ł0 kg za4 UHR) w stylu wolnym, następnie wyścig Tomasz Skajster -Maciej Popławski, a w końcu sztafeta: 1. Tomasz Dorosz, Krzysztof Konopka, Tomasz Skajster vs. 2. Konrad Brywczyński, Jan Chmielewski, Maciej Popławski. Wygrał drugi skład

W Kitajgorodzie znaleźliśmy zrujnowany dwór bodaj Orzechowskich. Później udaliśmy się na Msze (liturgia po polsku, Ewangelia w dwóch jeżykach, kazanie -po ukraińsku) odprawianą przez o. Kazimierza. Zastanawiającym przeżyciem było wysłuchanie intencji, w których słychać było w zasadzie tylko polskie - jak z Sienkiewicza - nazwiska.

Z Kitajgorodu zboczem i grzbietem góry zeszliśmy nad rzekę, która okazała się mieć w najgłębszym miejscu może 1,5 m głębokości, gdzie ryby można by w zasadzie łapać ręką. Potem przyjechał już, nasz busik i wróciliśmy do Kamieńca.

Każdy kolejny pobyt na Wschodzie utwierdza mnie w przekonaniu, ze ten kierunek jest chyba ciekawszy, niż zachodni. Prace, które prowadzimy w Kamieńcu, a także pieniądze, które przekazujemy ojcom, pomagają w restauracji klasztoru, zabytku polskości na Ukrainie. Mam nadzieje, że w przyszłości jeszcze nieraz będzie nam dane pomagać kamienieckim Paulinom.

Konrad Brywczyński (cetus 1998)



spis treści ↑


Imprezy arkońskie maj 2002 - grudzień 2002


14 V gościem Arkonii, już po raz drugi, był prof. Jan Szeminski z UW, który wygłosił wykład o Maranach

18 V Msza Św. za dusze zmarłych członków Arkonii

19 V w Klubie im. Pietrzaka (PAX) odbyło się koło komerszowe, a po nim sam komersz. Następnie, w czasie genzenmarszu, Arkoni mieli okazje zobaczyć jak to „przed wojną" bywało; stoczono regularną bitwę z tubylcami w bramie jednej z kamienic przy ulicy Mokotowskiej, które to wydarzenie okryło nieśmiertelną Sławą ówczesnego fuksa -Wojciecha Darkiewicza. Szparka interwencja Policji uniemożliwią ostateczne rozstrzygnięcie starcia, na szczęście

21 V wykład fil. Jana Żaryna „Emigracja polska po II wojnie oświatowej".

28 V Msza Św. w kościele Św. Marcina za dusze zmarłych członków Korporacji Akademickiej Jagiellonia. Po niej kol. Adam Wiejak - licencjonowany warszawski przewodnik-oprowadził uczestników po Starym Mieście.

4 VI koło sprawozdawczo-wyborcze, na którym wybrano nowe Prezydium.

VI-IX przerwa wakacyjna, którą Arkoni wykorzystali m.in. na kolejny wyjazd „na Kresy" (remont klasztoru w Kamieńcu Podolskim), a także na międzykorporacyjny rejs jachtem po Morzu Bałtyckim. Ponadto we wrześniu kol. Piotr Cichy wszedł w związek małżeński z Partycją Patykowską, otwierając całą serie jesiennych ślubów Arkonów.

1 X koło październikowe.

4 X tradycyjna knajpa na rozpoczęcie nowego roku arkońskiego, a przy okazji akademickiego.

5 X odbył się ślub fil. Piotra Urbanka z Marią Dziupinską.

8 X kol. Marcin Fijałkowski przedstawił wykład: "Mikrofinanse, czyli o biednych i ich pieniądzach".

11 X inauguracja roku akademickiego 2002/01 w kościele św. Anny.

15 X spotkanie otwarte, podczas którego kol. Szymon Kachniarz rozważał kwestie urbanistyki faszystowskiej weWłoszech.

16 X rocznicowa Msza Św. Korporacji Welecja.

22 X członek-kandydat Wojciech Sława Darkiewicz wystąpił z odczytem „Elity społeczne, elity władzy". 26 X kolejny ślub tego sezonu - fil. Piotra Kaczorkiewicza z Ewą Łukaszewicz.

29 X wykład „Generał de Gaulle -buntownik, zbawca, monarcha" wygłosił kol. Andrzej Szeptycki, specjalista od spraw francuskich.

5 XI koło listopadowe.

8 XI nieoficjalne obchody Święta Niepodległości w czasie knajpy patriotycznej na Kwaterze.

12 XI kol. Tomasz Mering wraz ze swoją towarzyszką podróży-Beatą Gierczyską -opowiedzieli Rodzinie Arkońskiej o swoim wakacyjnym wyjeździe do Chińskiej Republiki Ludowej.

16 XI w kościele oo. Dominikanów odprawiona została Msza Św. za Rodzinę Arkońską.

19 XI „Co to jest muzyka barokowa i dlaczego najlepsza jest na trąbkę" wytłumaczył kol. Maciej Szpalerski.

22 XI pierwszy poważniejszy sukces Prezydium: zorganizowanie „nocnego maratonu filmowego"; na dobry początek odbyła się projekcja trzech filmów dla jedenaściorga kinomanów.

29 XI rozpoczęcie zewnętrznej aktywności kulturalnej - koncert w Filharmonii Narodowej.

1 XII koło grudniowe, na którym odbyło się głosowanie w sprawie nadania szlifów barwiarskich dotychczasowym fuksom: Tomaszowi Jadowskiemu, Piotrowi Świderskiemu, Tomaszowi Aplowi oraz Wojciechowi Sławie Darkiewiczowi.

10 XII znany zoolog - fil. Zbigniew Tyszka- opowiedział o kozach, choć nie tylko.

14 XII Rybka damska.

21 XII Rybka męska.

Opr. Wojciech Sława Darkiewicz (cetus 2000)



spis treści ↑


Bałtycki łącznik


Jak zapewne wielu z Was wie, byliśmy z Pawłem Nowakowskim w weekend 23 -24 listopada 2002 r. w Tallinie na komerszu Vironii (http://www.vironia.ee/). Wybraliśmy się w piątek autobusem o 18.00. Dojechaliśmy na miejsce przed czasem, już ok. 11.30 tamtejszego czasu. W związku z tym wysłałem Vironom SMS, żeby po nas nie wychodzili i udaliśmy się spacerem przez centrum i Stare Miasto na ich kwaterę. Okazało się, że choć w Tallinie są dwie ulice o podobnych nazwach, to bez większych trudności odnaleźliśmy te właściwą.

Przed kwaterą czekał już, na nas wiceprezes (Subsenior) Andi Bisol, wiec wstąpiwszy tylko na pół kroku na kwaterę pojechaliśmy z nim do jego mieszkania, gdzie zostaliśmy zakwaterowani. Po szybkich ablucjach udaliśmy się z naszym gospodarzem na dalszy spacer po pięknym tallińskim Starym Mieście oraz na posiłek. Potem już, tylko szybka przebiórka w strój oficjalny via kwatera na Toom Kooli do auli Politechniki Tallinskiej, gdzie odbywał się komersz.

Duża sala ze sceną utrzymana w stylu skandynawskim (duże białe powierzchnie ścian i jasne drewno) mieściła trzy długie stoły na ok. 100, może nieco więcej ludzi. Okazało się, że jesteśmy jedynymi uczestnikami komerszu spoza Vironii. Także oni bowiem mają komersz zamknięty, wyjątkiem jest zapraszanie członków ryskiego Chargirten Convent. W tym roku spośród nich tylko my przybyliśmy.

Przed komerszem prezes (Senior) zapytał mnie, czy zechcemy wygłosić jakieś przemówienie. Zgłosiłem chęć powiedzenia dosłownie kilku słów. Głos oddano mi niemal na początku komerszu, na szczęście Paweł zorientował się w sytuacji (zwróciwszy uwagę na słowo Arkonia wśród szeregu estońskich). Po rzeczywiście krótkim speechu, w którym przypomniałem podobieństwo losów Vironii i Arkonii, Estonii i Polski i życzeniach przekazałem nasz skromny podarunek - obrazek z Warszawy przewiązany bandą.

Podczas komerszu wygłoszono szereg mów, niestety nie wiedzieliśmy o czym. Aplauz wyrażają Estończycy nieco inaczej niż my, tj. szurają butami. Może warto zmienić nasze comment - sąsiedzi nie skarżyliby się na bębny?;-)

Co do comment - po kilku takich przemowach zauważyliśmy, że mówcy zawsze zdejmują dekiel. Ja tego nie zrobiłem, ale widać tradycja liberalna w Vironii podobna jak u nas i podkreślanie drobnych różnic nikogo nie uraziło.

Komersz przebiegał w dość swobodnej atmosferze dzięki częstym kolokwiom, natomiast podczas mów rzeczywiście na sali panowała wzorowa cisza. Pito bardzo umiarkowanie, praktycznie wyłącznie piwo (różne gatunki A. Le Coq). Wino w ogromnych pucharach pojawiło się przy sztychowaniu, które ma u Vironów nieco inne znaczenie, niż u nas. Sztychują się bowiem wszyscy i jest to symbol ogólnego zbratania choć parami. Zgodziliśmy się w nim uczestniczyć jako w znaku przyjaźni miedzy naszymi korporacjami. Niewielkim zgrzytem były dla nas odśpiewane przez Vironów niemieckie piosenki, za co zresztą później niektórzy nas przepraszali, rozumiejąc, że mogliśmy poczuć się urażeni - ale "nikt by nie zmusił Estończyków do lubienia Niemców, a Stalinowi się udało".

Około l w nocy komersz się skończył, udaliśmy się na kwatere, gdzie jeszcze przez kilka godzin uczestniczyliśmy w śpiewaniu i piciu piwa.

Zaprezentowaliśmy Estonczykom "Pije Kuba..." -kilka "edukacyjnych" zwrotek z komentarzem, a refren śpiewaliśmy wspólnie. Wspieraliśmy ich też w śpiewaniu estońskich i łotewskich piosenek (na szczęście ze śpiewnikiem okazało się to łatwe, choć nie wiemy, o czym śpiewaliśmy). Ok 3.30 udaliśmy się z naszym gospodarzem, Andim (Ojndim - fonetycznie) na spoczynek, by rano wstać i udać się na dworzec. Pobyt w Tallinie był dla nas szalenie miły i mimo meczących przejazdów cieszymy się, że mogliśmy uczestniczyć w tym komerszu. Uważam, że także w przyszłości nalepy kontakty z Estończykami podtrzymywać.

Co do tallinskiej kwatery Vironii - jest to nieduża, choć ładna (łukowe sklepienia) piwnica na Starym Mieście, tuż obok szkoły baletowej. Są tam dwa pomieszczenia główne, łazienka i kuchnia-składzik. Piwnica znajduje się w budynku jakichś pomieszczeń ambasady kanadyjskiej, mieszka tam też jeden z (kanadyjskich) filistrów Vironii i to dzięki niemu ją mają.

Konrad Brywczyński (cetus 1998)



spis treści ↑


Po co wlepiać eksy? Kilka uwag o zwyczajach.


Ostatnio dały się w Arkonii słyszeć głosy, szczególnie ze strony Filistrów, że obyczajność na kwaterze rozluźniła się jak muszka pana młodego po weselu. Jednym z niedopuszczalnych przejawów, potwierdzających ponoć krytyczną tezę, ma być nadzwyczaj częste, a już na pewno przerażająco częstsze nią za „dawnych, dobrych czasów", nakładanie na Bogu ducha winnych fuksów morderczej kary, jaką jest eks. Czy oburzenie zdziczanym, powiedzmy sobie wprost: „zburszowionym" zwyczajem wynika z natury filisterskiej, czy też z nieobecności na spotkaniach, nie mnie o tym rozstrzygać. Niemniej jednak pozwolę sobie nie zgodzić się z lamentem nad upadkiem arkońskich zwyczajów, a z całą stanowczością zaprotestuje przeciw upatrywaniu w eksach szarańczy pożerającej korporancką kulturę.

Bo i w czym tkwi właściwie istota zwyczaju korporanckiego? Dlaczego Arkonia przyjęła taką, a nie inną zewnętrzność i co z tego wynika? Póki nie poznamy odpowiedzi na powyższe pytania lub chociażby nie podyskutujemy w ogólnoarkońskim gronie, do czego bezskutecznie zmierzałem na kolacji z Filistrami, zarżniemy struny głosowe lamentem nad „błędami i wypaczeniami", a w najlepszym razie wiecznym deliberowaniem nad nurtem burszowskim i intelektualnym. Ostatnia kwestia w gruncie rzeczy niewiele odstaje od roztrząsania pierwszeństwa jajka lub kury - kłopot to wprawdzie odwieczny, ale też lepiej, by nie stał się osią wieczności Arkonii. Moim skromnym zdaniem zwyczaj korporacji nigdy nie da się usidlić. I nawet nie próbujmy tego zrobić. Bo i jak inaczej nazwać autorytatywne nawoływanie: „Tak było przed wojną!" czy też „Tak było w Rydze!". Przeszłość bowiem, choć pozostaje autorytetem, nigdy nie stanie się sędzią. Rozstrzygać będzie przyszłość. Z przeszłością mamy jeszcze dodatkowo zasadniczy kłopot: czy tego chcemy, czy też nie, zawsze ją mitologizujemy. Choćbyśmy wszelkich archiwów nauczyli się na pamięć i mieli recepty na każdy moment spotkania kwaterowego, nigdy nie odtworzymy w pełni przeszłych form. I nigdy nie powinniśmy, bo formy jako cel sam w sobie będą martwe, jak materialnie martwa jest przeszłość. Arkonia ma żyć, wzrastać i rozkwitać po wieczne czasy, a nieustannie pielęgnowany zwyczaj ma w tym po prostu dopomagać. Stąd niczym złym nie jest modyfikowanie zwyczaju. Nie pisze tego jako manifestu rewolucyjnego, który ma z przeszłości arkońskiej pozostawić gruzy, ale stwierdzam fakty. Czyż w Arkonii nie zmieniło się podejście do alkoholu w stosunku do czasów przedwojennych, że o ryskich nie wspomnę? Nie jestem pewien, czy szeregowy Arkon z naszych na poły mitycznych czasów długo byłby tolerowany na dzisiejszej kwaterze przez nurt intelektualny, do którego bezskutecznie aspiruje. Podkreślam ponownie: nie chodzi mi o przeszłość zmitologizowaną, lecz te wyłaniającą się choćby ze zdjęć kwaterowych, czy też, relacji najstarszych Filistrów. Zwyczaj uległ zmianie. I dobrze. Pozostał alkohol jako cement przyjaźni i w formie znacznie umiarkowanej wypełnia dzisiejszego ducha.

Sedno sprawy pozwolę sobie naświetlić słowami niemieckich (sic!) korporantów Edgara Hungera i Curta Meyera, którzy w swej książce z 1958 r. „Zwyczaj studencki" piszą: „zwyczaj zawsze wiąże się z tradycją. Zdolny do życia jest wszakże jedynie w związku z prawdziwą tradycją. Tradycja nie jest po prostu przekazywaniem wcześniejszych form, tylko wypełnianiem tych form treścią. Jedynie ten, kto kultywuje zwyczaj, może rozstrzygnąć czy wypchany on jest treścią, a nie ten, który w sposób racjonalny obserwuje go z zewnątrz." [podkr. moje]

Autorzy w dużej mierze pomagają nam zrozumieć meandry dyskusji o arkońskich zwyczajach, które z definicji muszą istnieć w pewnej wspólnocie. Trudno wiec zrozumieć taki zwyczaj, pozostając poza wspólnotą. W całej rozciągłości odnosi się to do nieszczęsnego eksa.

Eks jest żartobliwą kara piwną dla fuksa za drobne przewinienie. Zaryzykuje antywychowawcze stwierdzenie, że niektóre błędy fuksowskie mają tak niewielka wagę, że wymierzone kary piwne siłą rzeczy w minimalnym zakresie są karami. Czym zatem? Otóż zwyczajem przede wszystkim. Zwyczajem, który poprzez swą formę daje do zrozumienia młodemu Arkonowi, że barwiarze się nim interesują i darzą wielką przyjaźnią. Przy eksach komerszowych Filistrzy mogą choćby z widzenia poznać fuksa i zobaczyć, kto jest jego Oldermanem. Oto zasadnicza treść dzisiejszego eksa, który przecież w minimalnym zakresie ma charakter przymusowy. Nikt nie jest zmuszany do picia kary piwem, zawsze może skorzystać z wody (większość wybiera piwo!). Jeśli naprawdę niemoże, zyska wyrozumiałość barwiarzy, albo pomoc swojego cetusu. W tym drugim przypadku na każdego fuksa wyjdzie ok. 150 ml napoju. I my tu mówimy o surowym traktowaniu młodych Arkonów! Co do pomocy fuksowskiej przy wysuszaniu eksa, należy koniecznie wspomnieć o funkcji integracyjnej dla cetusu.

Z tego względu uważam, że eks jest wartościowym zwyczajem, którego nie wolno nam zabić przez nadmierną ostrożność, ani przez wypranie go z arkońskich treści, jak przyjaźń czy wychowanie. Uogólniając jeszcze kwestie alkoholu, chciałbym podkreślić z całą stanowczością, że Arkonia nigdy nie pozwoli swoim członkom na sponiewieranie tą drogą swojej godności, a w szczególności na to, by zaprzestali postrzegać te cześć tradycji arkońskiej w oświetlę jej ideałów i wypełniać ją prawdziwą treścią.

A tak w ogóle przy eksach obowiązuje zasada, że kto je wlepia, musi płacić za piwo. No i czego tu się obawiać?

Adam Wiejak (cetus 1999)



spis treści ↑


Wileński obrazek


Pragnę Panom Kolegom opowiedzieć mikrohistorie z naszego Wilna

Czas: niedziela 9 września 2001r., ok. godziny 1 po południu.

Miejsce: początek mostu, prowadzącego z Miasta na Zarzecze, niedaleko cerkwi.

Okoliczności: pusta, wyludniona okolica mieszczanie każdy w swoim domu etc. Nawet kota ani kundla nie widać.

Moim celem była katedra i, szczerze mówiąc, nieco się pogubiłem, nie mając mapy. Potrzebowałem wiec zasięgnąć języka, kiedy na skrzyżowaniu pojawiła się kobieta (nie pani, a kobieta). Podszedłem z pytaniem, którędy do katedry, formułując je w sposób najbardziej zbliżony do tutejszego. Osoba owa w arcynieporadny sposób usiłowała wyrazić odpowiedz. Wskazała jakiś bliżej nieokreślony kierunek, pokrywający się mniej więcej z kierunkiem na cerkiew. Uznałem, że to fałszywy trop, ale by nie czynić jej przykrości, poszedłem tam.

Po drodze rozglądałem się za kimś bardziej kompetentnym, bo czas uciekał. Ujrzałem zaraz w odległości ok 50 m starszego pana, idącego w moim kierunku. Szedł powoli, w krawacie, marynarce i krótkim płaszczu, takim miłym, oszczędnym krokiem. Ubrany był wyraźnie po tutejszemu, twarz też taka jakby posowiecka. Tym krawatem, wyświeconą marynarką i - co zaraz dostrzegłem - wypastowanymi butami odbiegał jednak od obecnych litewskich standardów. Krawaty widziałem tylko na kilku ślubach, które mijałem w sobotę. Im bliżej byłem, tym bardziej twarz tego człowieka ujawniała w sobie coś jak warstwy archeologiczne; zauważył mnie (ubranego w jasne spodnie, też wypastowane buty, prążkowaną koszule, krawat i ciemną marynarkę), po czym idąc ku sobie po prostu tak miło spoglądaliśmy na siebie. Wtedy już, WIEDZIAŁEM, że moje pytanie - po lekkim ukłonie - będzie brzmiało:

Bardzo przepraszam, czy byłby Pan łaskaw pokazać mi, w którym kierunku jest katedra? Wyraźnie wyczułem króciutką przerwę, podczas której ten człowiek łowił jeszcze echo po moich słowach.

Proszę Pana, proszę pójść tam prosto, proszę minąć cerkiew i iść wzdłuż głównej ulicy. Tak dojdzie Pan do katedry.

Ta nasza dwuzdaniowa rozmowa była tak esencjonalną jak niejedna półgodzinna dyskusja Napotkany człowiek stał się na moment gospodarzem u siebie, w polskim Wilnie. Po ilu latach? Ja zaś w cudowny sposób dosiadłem wehikuł czasu i cofnąłem się w czas dla mnie niedostępny. Podziękowałem z lekkim, ciepło zaakcentowanym ukłonem. Odchodzi zauważyłem jeszcze dwie zmiany: iskierki młodości w oczach mojego cicerone i słonce, które właśnie wypłynęło zza chmur. To były tylko trzy minuty z całego mojego pobytu w Wilnie.

Marcin Nowina Konopka (cetus 1994)



spis treści ↑


O łączności arkońskiej


Stowarzyszenie nasze słynęło przed wojną wysoką koleżeńskością i solidarnością pomiędzy Arkonami jak czynnymi, tak i filistrami. Tworzyliśmy jedna braterską rodzinę, której członkowie zawsze - w doli i niedoli -poczuwali się do obowiązku wzajemnej pomocy i popierania.

Kolega, kończący politechnikę, mógł być pewny, że starsi filistrowie zainteresują się jego dalszym losem i wyciągną do niego wspierającą dłoń. To też każdy młody Arkon, gdzie by go po ukończeniu studiów los nie rzucił, przede wszystkim szukał kontaktu z filistrami i uważał za swój pierwszy obowiązek zameldować się u filistrów. Był to piękny zwyczaj, pouczony z korzyścią dla obu stron.

W ten sposób i po ukończeniu studiów kontakt koleżeński pomiędzy Arkonami młodymi i starszymi pozostawał żywy i czynny. A w większych skupiskach Arkonów powstawały zorganizowane placówki filisterskie, gdzie wszyscy Arkoni wzajemnie się dobrze znali i tworzyli jedną zgraną rodzinę. Tak sprawy te kształtowały się w ciągu długich lat przed wojną.

Jak te sprawy teraz wyglądają? Zacząłem swoje wywody skonstatowaniem, że Arkonia „słyneła" - z koleżeńskości. Tak jest - słyneła, bo obecnie opinia ta poważnie osłabła, powiedzieć to należy zupełnie otwarcie. A co się dzieje w terenie - o tym mówi przykład Gdyni. Jest tam 11 filistrów stale zamieszkanych, pozatym szereg Arkonów stale przyjeżdża tam z urzędu lub zajęć. Nie tylko, że nie ma tam ośrodka arkońskiej łączności, lecz przebywający tam Arkoni przeważnie nie znają się wzajemnie. Przykład ten sam za siebie mówi i jest naprawdę objawem smutnym. Czy może być w takich warunkach mowa o jakimkolwiek wzajemnym popieraniu się i łączności, niemówiąc już o obcowaniu towarzyskim?

Tak samo znane są fakty, że i w innych prowincjonalnych miastach mieszkający Arkoni wzajemnie siebie nie znają i nie poczuwają się do obowiązku, zbliżenia się. A młodzi koledzy, którzy na posady przybywają do miast prowincjonalnych, absolutnie nie interesują się mieszkającymi tam kolegami, nie mówiąc już o tym, by się zameldować u starszych kolegów, co jak już, wspomniałem, było bezwzględnym uzusem przed wojną.

Smutne wyjątki w tej smutnej rzeczywistości powojennej stanowią te wypadki, kiedy młodzi koledzy potrzebują poparcia lub protekcji. Wtedy młodzi, a czasami i starsi koledzy przypominają, sobie o mieszkających obok filistrach, a prośby swoje popierają przypomnieniami o solidarności, łączności arkońskiej itd.

Replikują mnie koledzy przy poruszaniu tych spraw, że to czasy powojenne i że ci młodzi koledzy -to ludzie z innej teraz gliny, itd. Ci młodzi są jednak tacy sami, jakimi byliśmy my, tylko że nami się więcej starsi koledzy interesowali i należyciej klarowali nam sztandpunkt o solidarności arkońskiej i o zewnętrznych formach zachowania każdego Arkona. Bo i pod względem form towarzyskich mamy młodym kolegom naszym niejedno do zarzucenia. Na ten temat wartoby szerzej podebatować, ale sine ira.

Uderzmy się w piersi!

Ileż to kolegów starszych, mieszkających stale w Warszawie, bierze udział w życiu Zw. Filistrów i uczęszcza na zebrania filisterskie, nie mówię już o zebraniach czynnej Arkonii? Czy młodzi nasi koledzy odczuwają należyte zainteresowanie się ich życiem ze strony starszych filistrów? Czy kiedykolwiek porusza i akcentuje się należycie sprawę kontynuowania łączności koleżeńskiej i po ukończeniu studiów, oraz konieczności naprz. meldowania się u kolegów i podtrzymywania tej łączności również zdała od Warszawy?

Gdyby to jednak miało miejsce - niespotykalibyśmy się z taką obojetnością koleżeńską ze strony młodych filistrów, obojętnością często wprost zastanawiającą, którą przełamać może tylko interes – szukanie pomocy i oparcia!

Są naturalnie i wyjątki, ale rzadkie.

Nasza łączność arkońska nie powinna ograniczać się do regularnego płacenia składek do Zw. Filistrów, budowania domów i do brania od czasu do czasu udziału w jakimś dorocznym zebraniu arkońskim (w najlepszym razie). To są słabe objawy łączności koleżeńskiej. Powinna ona być głębszej nieco natury.

W tym powinno być trochę i serca i sentymentu do naszych tradycji i do młodych kolegów naszych. Tam gdzie nie ma nieco serca, tam wszelkie i najszczytniejsze hasła, pozostaną tylko pustym frazesem. Więcej serca Koledzy wołam, bo o to chodzi i tego w naszym stosunku do młodych kolegów naszych, mam wrażenie najbardziej brak.

Czy pamiętacie te troskliwą serdeczna opiekę, która nas ś.p. filistrzy Morgulec i prof. Wodzinski oraz fil. Jodko-Narkiewicz stale otaczali? Ileż ciepła braterskiego przynosili oni nam wtedy na kwaterę!

Poruszam te sprawy, bo uderza mnie ten coraz większy brak poczucia łączności, który w tak rażący sposób daje się zaobserwować u większości naszych młodych kolegów. Czy przyczyny tego nie należy szukać i w zobojętnieniu naszym do spraw i do życia młodzieży naszej arkońskiej?

Alfred Dziedziul (cetus 1904)

Pierwodruk: Biuletyn Arkoński nr 19, 10.06.1938 r.



spis treści ↑


Jeszcze o łączności


Z łącznością pomiędzy pokoleniami arkońskimi mamy problemy. I to co najmniej od 65 lat, kiedy to smutny swój artykuł zamieścił w Biuletynie Arkońskim fil. Alfred Dziedziul. Tekst ten był dla mnie, nawykłego do idealizowania okresu międzywojennego, sporym zaskoczeniem. Bo to, że „czasy powojenne i że ci młodzi koledzy-to ludzie z innej teraz gliny, itd.” Słyszałem już, nie raz. Dopiero jednak z pożółkłych kartek Biuletynu z roku 1938 dowiedziałem się, że dobrze to było przed wojną - tą wojną, na którą przed wojną mówiono „wielka", a którą teraz nazywamy „tamtą".

Na modłę starożytnych Greków możemy więc podzielić historie Arkonii na trzy epoki: wiek złoty, przed I wojną światową, srebrny w latach 1918-1939, wreszcie wiek żelazny, który możemy liczyć albo od wybuchu II wojny, albo od odrodzenia naszego stowarzyszenia. Mamy tedy czasy najnędzniejsze z nędznych i fakt, że nie wszystko działa jak trzeba nie powinien nas zaskakiwać (bo przecież nie dziwi nas nic).

Już od dłuższego czasu nikogo nie zaskakuje, że filistrzy bywają na kwaterze sporadycznie i krótko. Nawet na zebraniu ogólnym Związku Filistrów stawia się ledwie 20 z ponad 60 wymienionych w kalendarzyku, a i ci ograniczają się do przyjścia na kilka najważniejszych imprez w roku. Drugim problemem są fuksy. Już nawet nie tylko to, że jest ich za mało i że przyjmujemy tylko 4 rocznie, a nie -jak przed wojną - kilkunastu (albo jak przed tamtą wojną - kilkudziesięciu). Problemem, którego się nie spodziewałem jest brak entuzjazmu fuksów do Arkonii, brak spontanicznej chęci poświęcania swojego czasu i wysiłku.

Dlaczego tak się dzieje? Winni są ci, którzy w Arkonii robią najwięcej, czyli członkowie czynni. To na nich spoczywa odpowiedzialność za funkcjonowanie Stowarzyszenia i jeżeli oni go nie rozruszają, nikt tego nie zrobi.

Nazwa „filister" dobrze oddaje rzeczywistość. Podczas wystawy „Koniec wieku", na którą zaprosił nas do swego Muzeum Narodowego fil. Ferdynand Ruszczyc, dużą radości wzbudził olej Edwarda Okunia „Filistrzy". Widzimy na nim natchnionego artystę o młodopolskim typie urody, z muzą wspierającą się na jego ramieniu. Natchniony próbuje muzyką swych skrzypiec wzbudzić zainteresowanie publiczności. Na próżno! Słuchacze śpią, a pierwszy z lewej, ten z wąsem, złożył dłonie na filisterskim brzuchu i pewnie pochrapuje.

Nie narzekajmy wiec, że filistrzy zachowują się jak ich stanowi przystało. Niech czynna Arkonia wyciągnie wnioski z tego, że filisteria mocno śpi. Fakt, że na tegorocznej jesiennej mszy za Rodzinę Arkońską było tylko kilku starszych, mocno zbulwersował młodzież. Warto sobie jednak zadać pytanie - dlaczego nie przyszli? Otóż dlatego, że mimo komunikatu po prostu nie wiedzieli. Nie dotarło do nich. Śpią.

Jestem przekonany, że filistrzy stawiliby się w znacznie większej liczbie, gdyby tylko korporacja zechciała zrobić jeszcze jeden wysiłek i do każdego z osobna zadzwonić. Nie jest to zresztą Herkulesowa praca - funkcjonował dawniej system o nazwie „siatka telefoniczna", polegajmy na tym, że każdy miał obowiązek zadzwonić do 3-5 kolegów, których miał na liście. Nie kosztowało to wiele, działało jako-tako, ale było zawsze skuteczne. Może by warto do tego wrócić i informować filistrów o wszystkich walnych imprezach.

Korporacja mogłaby zrobić jeszcze więcej, by filisteriat przyciągnąć. Ze świetnym pomysłem zetknąłem się w Niemczech. Należy mianowicie zapraszać filistrów całymi cetusami. Ogłosić np. wieczór cetusu 1994. Albo 1992. Przyjdą w komplecie, bo będą mieli gwarancje porozmawiać ze znajomymi, których - przy dzisiejszych układach -mogli nie widzieć od kilku lat. Czemu by nie zapraszać filistrów na kwaterę raz na miesiąc, w jakimś ustalonym terminie, niech to będzie trzeci czwartek? Za każdym razem szczególnie intensywnie prosić konkretną, zżytą grupę, która byłaby gwoździem danej imprezy. Był czas, że filistrzy spotykali się w mniejszych grupach, po domach. Teraz mamy kwaterę, wiec ją wykorzystajmy. To zresztą jest jakiś układ – filistrzy łożą na utrzymanie lokalu, niech wiec korporacja zorganizuje dla nich imprezy.

W Niemczech sugerowano nam też, by połączone posiedzenia Koła i Zebrania Ogólnego odbywały się co najmniej dwa razy do roku. My mamy na razie jedno wspólne Koło Komerszowe. Zorganizowane po raz pierwszy parę tygodni temu spotkanie przy kolacji (która zresztą własnoręcznie upichcił prezes Konrad Brywczyński) byłoby już drugim takim spotkaniem. Kolacja ma jeszcze te przewagi nad Kołem Komerszowym, że jest nieformalna i uczestniczą w niej fuksy. W ten sposób o rzeczywistych problemach Stowarzyszenia dowiadują się wszyscy. Nie ma przy tym konieczności uchwalania wzniosłych deklaracji i - co ważne - rozmawia się przy pełnym żołądku, co wpływa łagodząco na nastroje. Spróbujmy organizować takie spotkanie ze dwa razy do roku -jesienią i zima! Na wiosnę mamy komersz, a lato jest i tak przerwą w działalności.

Ogólnie, o filistrów trzeba dbać, by nie popadli w jeszcze głębszą fazę snu.

Drugim skrzydłem Arkonii są fuksy, i o to skrzydło trzeba dbać, żeby było jak najsilniejsze, najliczniejsze - a już nie daj Boże ciąć po skrzydłach!

Fuks ma w teorii być wesoły, nieobyty, otwarty i ciekawy oświata. W teorii, bo w praktyce równie z tym bywa. Pamiętajmy, że nie przychodzą do nas anioły, tylko ludzie, tacy jacy dziś są, może trochę lepsi (ale za bardzo na to nie liczmy). Każdy ma jakieś problemy, jakieś kompleksy. Niektórzy są zamknięci, boją się ludzi, panicznie pragną akceptacji.

Największą wartością, jaką Arkonia może im dać jest przyjaźń. Przyjaźń, czyli otwarcie na drugiego człowieka, zaufanie, wyrozumiałość dla błędów, bo te muszą się zdarzać, a w pierwszej fazie członkostwa najczęściej (przeciwna zależność oznaczałaby przeciwskuteczność wychowania arkońskiego!).

Fuksy jednak skarżą się, że zamiast przyjaźni znajdują uprzejmość, a zamiast otwartości - dyplomacje. Najbardziej zaś nie chcą w nas - starszych Arkonach - widzieć nadętych bufonów (Pamiętacie? Wynoszenie się i ponuractwo są be!). Zakarbujmy sobie raz na zawsze - jeśli fuks o coś pyta, to znaczy że tego nie wie. I wtedy nie należy robić wielkich oczu i odpowiadać „No jak to, kolega tego nie wie?" tylko tłumaczyć, tłumaczyć do upadłego. Chyba że sami nie wiemy - to jeszcze lepiej, bo możemy przy okazji sami dowiedzieć się czegoś nowego.

Jeżeli fuks zrobi coś nie tak, to jego fuksowskie prawo. Wlepmy mu eksa i po sprawie. Nie jesteśmy od tego, żeby go sztorcować, tylko by pomóc mu samemu się rozwinąć. Jeśli ma wątpliwość, nie odpowiadajmy od razu cytacikiem z Ideologii, tylko tak pokierujmy rozmową, żeby sam doszedł do wniosku i miał okazje zwerbalizować własne przekonania.

Z fuksami jest jeden, trudny do przezwyciężenia paradoks. Otóż wobec fuksów stosujemy werbunek, niczym jaka destrukcyjna sekta. I w wyniku tego werbunku chcemy zdobyć przyjaciół. To trudne zadanie. Może nawet trudniejsze niż to, jakie stoi przed Arkonią wobec filistrów - nie traćmy tych przyjaciół, których już, mamy.

Bartłomiej Kachniarz (cetus 1995)



spis treści ↑


Wspomnienia z lat uniwersyteckich - Marian Kamil Dziewanowski


Do Arkonii wstąpiłem dość późno, w roku 1935, dopiero na trzecim roku studiów, po przeniesieniu do Warszawy z Krakowa, gdzie ukończyłem na Uniwersytecie Jagiellońskim pierwsze dwa lata prawa. Natychmiast po pojawieniu się w stolicy zabrali się do mnie Tomek Chmyzowski i Stefan Jasienski, dwaj moi przyjaciele z Gimnazjum Księży Marianów na Bielanach pod Warszawą, barwnie odmalowuje mi ciepłą atmosferę koleżeńską, panującą na ulicy Wilczej. Nie namyślałem się długo, bo właśnie takiej atmosfery brakowało mi w Krakowie. Wkrótce po przyjęciu mnie na wydział prawa na UW oraz na odpowiednie kursy w Instytucie Francuskim, złożyłem podanie o przyjęcie mnie do Arkonii. W ten sposób byłem czynnym członkiem tylko przez dwa lata, w cetusie Henryka Bartmanskiego; wiceoldermanem jego był Janek Bortkiewicz. Moim ojcem korporacyjnym został Janek Hłasko, niezwykle serdeczny i uczynny; opiekował się mną z wielką troskliwością, często zapraszając mnie gościnnie do domu swych rodziców w Otwocku.

W tym czasie Arkonia prowadziła ożywione życie towarzyskie, urządzając wspaniałe bale karnawałowe w Resursie Obywatelskiej. Jednocześnie zapraszaliśmy na odczyty wybitnych specjalistów z walnych dziedzin życia kulturalnego i społecznego. Częstym gościem na tego rodzaju spotkaniach był filister Władysław Anders, świeżo wyawansowany na generała. Arkonia brała też czynny udział w ślubowaniach jasnogórskich młodzieży akademickiej oraz w organizowaniu Legii Akademickiej, ważnej części przysposobienia wojskowego. Nie brak też było wesołych spotkań w rodzaju przed bożonarodzeniowych rybek, czy wielkanocnych jajek, na których królował nieodżałowany Tomek Chmyzowski, dobrze zapowiadający się poeta i satyryk.

Tak wiec przez dwa lata, od jesieni 35 do lata 37, Arkonia stała się dla mnie namiastką domu. Poza tym czas dzieliłem pomiędzy studiami na UW a Instytutem Francuskim. Instytut ten był odnogą uniwersytetu w Lilie, który zawarł umowę z ówczesnym polskim Ministerstwem Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, na podstawie której absolwenci wydziału prawa UW, znający dobrze jeżyk francuski, mogli uzupełniać swe studia w Instytucie. Na podstawie tej umowy zdanie szeregu przepisanych egzaminów z francuskiego prawa cywilnego, handlowego i konstytucyjnego uprawniało absolwentów wydziału prawa UW do dyplomu Licenecie en Droit uniwersytetu w Lilie. W tamtych czasach, przed druzgocącą klęska Francji w 1940 r., jeżyk francuski był głównym językiem międzynarodowym, ciągle jeszcze wyprzedzającym pod tym względem angielszczyznę. Mając ambicje zostania kiedyś korespondentem zagranicznym któregoś z naszych organów prasowych, postanowiłem skorzystać z możliwości, jakie dawał Instytut. Poza wykładami z prawa, które prowadził głownie profesor Henri Mazaud, uczęszczałem też na kurs cywilizacji francuskiej profesora Francastel. Kurs był znakomity. Niektóre ustępy pamiętam do dziś. Na kursy prawne w Instytucie uczęszczał też, mój młodszy arkoński kolega, Wieńczysław Wagner, późniejsza międzynarodowa sława w dziedzinie prawa międzynarodowego i porównawczego. Moja przyjaźń z nim przetrwała wojnę oraz lata powojenne.

Ta intensywna praca, jaką prowadziłem, tak na trzecim, jak i na czwartym roku studiów uniwersyteckich, wymagała odprężenia. Chodziłem wiec parę razy w tygodniu na krytą pływalnie Y.M.C.A. w pobliżu Placu Aleksandra. Inną rozrywką było uczęszczanie na wieczory literackie w I.P.S.'sie i S.I.M.'ie. Były to kawiarnie zupełnie specjalnego rodzaju: obie harmonijnie łączyły usługi kawiarniano-gastronomiczne z rozrywkami kulturalnymi, jak np. wystawami obrazów lub wieczorami poetyckimi. Były tam też dobre trunki, ale piło się je zwykle z umiarem. Pijaństwo w takich lokalach uwalane było za coś niewłaściwego, natomiast bardzo ceniony był zmysł humoru, zwłaszcza cięty dowcip. Tak zwane „kawały" musiały być zawsze w dobrym guście; mogły być frywolne, ale nigdy sprośne. Wulgarność nie była tolerowana.

W dziedzinie dowcipu politycznego królowała doroczna szopka polityczna, której tradycje uświęcił jeszcze nieśmiertelny "Pikador", zorganizowany w roku 1918 przez Janka Lechonia (prawdziwe nazwisko Leszek Serafinowicz). Zebrał on znakomity zespół czołowych satyryków, z którym z kawiarni Pikador przeniósł się do Ziemiańskiej na Mazowieckiej. W kawiarni tej zbierała się zwykle elita artystyczna stolicy. Przez lat przeszło dziesiątek szopka polityczna należała do żelaznego repertuaru karnawałowego. Jednakże we wczesnych latach 30 rozbił się oryginalny zespół, który dotychczas pisał teksty szopek politycznych: Lechoń, Paczkowski, Tuwim, Słonimski i Gałczynski.

W roku 1930 Lechoń wyjechał do Parysa jako radca kulturalny naszej ambasady, zabierają Jerzego Paczkowskiego, jako swego pomocnika. Tuwim, Hemar i Słonimski zajęli się albo literaturą, albo pisaniem bardziej popłatnych piosenek kabaretowych lub operetek. Poza tym szopki przeniosły się z kawiarni Ziemiańskiej, na Mazowieckiej, do Cafe Clubu na rogu Alej i Nowego Światu. Tam sala była obszerniejsza, mogła pomieścić ok. 200 osób. Jednocześnie pisanie kupletów szopkowych przeszło w ręce dwóch niezwykle uzdolnionych, młodych satyryków, Janusza Minkiewicza i Światopełka Karpinskiego. Obaj byli zabójczo dowcipni. Dowcip był niemal religią ich cygańskiego życia spędzanego w knajpach i nocnych lokalach. Jak to kiedyś powiedział Janusz Minkiewicz: „Bóg mi powierzył honor Polaków".

Ci właśnie autorzy pisali teksty szopek pod hasłem, które widniało przy wejściu do niedużej sali na pierwszym piętrze Cafe Clubu, gdzie odbywało się przedstawienie:
„Dwaj pisali szopkę goje Dla narodu żydowskiego. To co lepsze, to jest moje, a co gorsze to jest jego."

Mieć swoją kukiełkę w szopce politycznej oznaczało, że jest się osobą wysokiego kalibru, żelazną postacią większości szopek okresu międzywojennego był generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Ten z wykształcenia doktor medycyny, legionista, były adiutant Piłsudskiego, potem dowódca pierwszego pułku szwoleżerów, a wreszcie generał, był postacią niezwykle barwną. Birbant, amant i sowizdrzał, obdarzony profilem godnym Cyrano de Bergerac, był on człowiekiem sporego talentu literackiego: tłumaczył z obcych języków (m.in. pamiętniki napoleońskie generała kawalerii Lasalle), pisał sam niezłe wiersze oraz scenariusze filmowe. Nic dziwnego, że ten przyjaciel wielu skamandrytów, popularny kompan literackiej cyganerii warszawskiej, który jako adiutant Piłsudskiego mieszkał koło Belwederu w pałacyku zwanym Pomarańczarnią, był przedmiotem wielu kupletów szopek politycznych.

Apollo armii
Z Pomarańczami,
Belwederu straż,
Adiutant legendy
Wcielenie komendy,
Prezentuj twarz!

W innej szopce kukiełka Wieniawy śpiewała:

Aby talent mój nie gasł,
W stajni pułku rży Pegaz.
Bardzo dobrze nam razem,
Mnie z Pegazem pod gazem.

Gdy (o ile mnie pamieć nie myli w roku 1934) nie było kukiełki Wieniawy w jednej z pierwszych szopek, napisanych przez zespół Janusz Minkiewicz Światopełk Karpinski, autorzy musieli się w prologu przedstawienia tłumaczyć:

Nie wiem, czy jej to przysporzy sławy,
Że jest pierwsza bez Wieniawy.

W lutym roku 1937, gdy byłem już studentem drugiego semestru IV roku, dostałem z Polskiej Agencji Telegraficznej (czyli PAT'a) bilet prasowy na premierę dorocznej szopki. Publiczność była doborowa: poza śmietanką dziennikarsko-literacką, na sali było wiele osób, których kukiełki mieliśmy oglądać. Od razu w pierwszym rzędzie krzeseł mogłem rozpoznać ministra spraw zagranicznych, płk. Józefa Becka, byłego Przewodnicząego Komisji Spraw Zagranicznych Senatu, księcia Janusza Radziwiłła profesora filologii klasycznej Uniwersytetu Warszawskiego, Tadeusza Zielinskiego, znanego pisarza i prezesa Akademii Literatury, Wacława Sieroszewskiego i wielu, wielu innych. Nie mogłem po prostu powstrzymać się od obserwowania ich reakcji. Zresztą, siedząc z boku, na miejscach przeznaczonych dla prasy, mogłem widzieć pierwsze rzędy doskonałe, bo światło nie było zbyt przyćmione; mogłem śledzić wiec zachowanie większości obecnych na sali prominentów. Tak na przykład widziałem niechętny grymas na obliczu ministra Becka, gdy na scenie pojawiła się kukiełka znanego rzeźbiarza Wittiga, który jako Wittigrill śpiewał na melodie krakowską taki kuplet:

W nocy mnie zbudziła
Dziwna ta depeszą
Podpis mnie przeraził:
Göring, Trzecia Rzesza.
Wittig, stop, Warszawą
Cały Berlin czeka

Przesłać, stop, natychmiast
Wielki pomnik Becka. Pięknie go wyrzeźbić
I nie szczędzić pracy,
W dole ma być napis: „Beckowi - rodacy".
Jacy to rodacy,
Nie bardzo wynika.
Będzie spór o niego,
Jak o Kopernika.

Po tych słowach widziałem jak Beck zdusił trzymany w lewym ręku na wpół dopalony papieros. Jak zdołałem zauważyć, ręka drżała mu nerwowo. Za chwile zapalił nowego papierosa, gdy na scenie ukazała się właśnie jego kukiełka, we fraku, z wielką amarantową wstęgą Orderu Odrodzenia Polski - Polonia Restituta. Kukiełka Becka śpiewała na modną wówczas melodie „Bo to się zwykle tak zaczyna...":

Bo to się zwykle tak zaczyna,
Sam nawet nie wiem, jak i gdzie,
Po prostu jedziesz do Berlina
A potem mówił, że to źle.
Z początku tylko wizytujesz,
A potem częściej chcesz tam bywać,
A w końcu już, samemu czujesz:
Bez tego dziś nie można żyć...

A potem, zmieniając rytm, kukiełka Becka ciągnęła, już tylko skandują staccato:

Dawniej modny był Chrobry,
Dzisiaj Lipski jest dobry.
Dawniej Bartek Zwycięzcą
Dzisiaj Boussac ciemięzca
(Aluzja do francuskiego przemysłowca Boussac, głównego właściciela Żyrardowa.)
Dawniej Głogów, Psie Pole,
Dzisiaj:, Ja nie pozwolę".

Cokolwiek można powiedzieć o reżymie majowym, trzeba przyznawać, że zostawiał on spory margines swobody słowa. Szopka nie była skonfiskowana. Szła przez cały karnawał 1937 roku. Po przedstawieniu Beck rozmawiał wcale przyjaźnie z obu autorami, gratulując im ciętych dowcipów. W tej samej szopce zabawny był duet z męska ubranej Marii Rodziewiczówny (jej kukiełka nazywała się „Rodziewica") z prezesem Akademii Literatury („Sirko"). „Rodziewica", natknąwszy się na „Sirke", wołała:

Czemuś o mnie zapomniał
W Akademie mnie brać...

Na co „Sirko" odpowiada z tak charakterystycznym dla niego śpiewnym rosyjskim akcentem (nabytym chyba przez tego byłego robotnika z Warszawy w ciagu wieloletniego zesłania na Syberii):

Szanowna pani, według regulaminu Akademii, mogą do niej
należeć albo mężczyźni, albo kobiety. Wiec płonne są twe zamiary...

Na co „Rodziewica" wybucha spazmatycznym okrzykiem:

Odsądzili mnie od płci i wiary!

...i opuszcza scenę.

„Sirko" pozostaje i tak samo z wilensko-syberyjskim akcentem zawodzi swój monolog o trudnościach tworzenia Akademii Literatury i kierowania jej działalnością.

Ja pa polski nie uczonyj
Pisać (mais plus pisse que sage) Skropili adiekałonem
W Akademiu, rzekli: marsz!
Wiec włożyłem cierąoje dessous
I ordierów moich sto.
Potem rzekli mi: prezesuj!
Ale nie wiem, kto i co?
Kto na przykład jest Rzymowskij?
Ale wszystko jedno mi,
Byle to nie Świetochowskij,
Co ma zbyt czerwonej krwi.
Odtąd bedziem w ekstra gali
Bo la Sztuki nużno to,
Zbierali się i pisali,
Ale nie wiem, kto i co?

Po Sieroszewskim, jeśli mnie pamieć nie myli, ukazała się na scenie kukiełka profesora Tadeusza Zielinskiego, który głosił pochwałę antyku, w porównaniu z otaczającą go rzeczywistością.

Lepsza jest Wenus niż Smosara,
Choć ta zabytkiem także jest.
Lepszy jest Platon niźli Jarra,
Apollo miał Wieniawy gest,
Homer był lepszy od Hemara,
Hożyca był Horacym fest!
Wole też Partenon ja
Nią monumentalne BeGeKa.

B.G.K. był to Bank Gospodarstwa Krajowego, niedawno wzniesiony granitowy gmach, naprzeciwnym do Cafe Clubu rogu Alej Jerozolimskich Jerozolimskich i Nowego Światu. Jarra to ówczesny profesor teorii prawa na Uniwersytecie Warszawskim, znany ze swej surowości wobec studentów. Wymieniona przez Zielinskiego „Smosara" - znana artystka teatralna Jadwiga Smosarska -wkrótce pojawia się na scenie i tańczy walca z ówczesnym marszałkiem sejmu Bogusławem Niedzińskim, śpiewając:

Jak cudnie, lekko tańczysz pan,
Marszałku, pod twą łaską,
Szaleje, płonę, cała drżę
I cnocie grozi fiasko!

Po czym Smosarska, która często grała główne role w międzywojennych melodramarycznych filmach, nuci balladę na temat niestety wówczas dość kiepskiej, rodzimej produkcji filmowej, często opartej na takich powieściach jak np. „Ordynat Michorowski":

Poszły dziatki raz do kina
Tam okropne widowisko,
Gołe policzki wypina
Dobre polskie dziewczynisko.
Obok we krwi Brodzisz brodzi,
Zmiękła Jadzia niby klajster.
Ptaszek, słowik gra w ogrodzie,
W restaurancie policmajster.
Ona jest za amazonkie,
I zło wszelkie ma w pogardzie,
Wiec ordynat aż na łąkie
Za nią mknie na swym Pakardzie.
Ale Jadzia, dobre dziewczę,
Wygnańca w ciąży pamięta,
Rodzi wykapane dziecię,
A za resztę - dwa bliźnieta.
Tak nabożna i położna
Męża zaznała dziewczyna,
Aż z podziwu wyjść nie można,
Wiec trzeba wychodzić z kina.

Obok ministra Becka, w pierwszym rzędzie krzeseł, siedział książe Janusz Radziwiłł, ordynat w Nieświeżu i Ołyce, właściciel wielkiej fortuny, z której m.in. finansował główny organ polskiej konserwy, krakowski „Czas". Kukiełka księcia Janusza nosiła nazwę „Książe Zadziwiłł Panie Ryszanku" (od jednego z sanacyjnych matadorów, pułkownika Ryszanka). Kukiełka księcia Radziwiłła, trzymając pod brodą numer „Czasu", nuciła w takt znanego walca „Raz na lewo, raz na prawo...":

Te cudne czasy sł dawno za nami,
Kiedym był dobrze zpułkownikami,
Gdy służba wołała od samego ranku:
„Książe Zadziwiłł, Panie Ryszanku!"
Wszyscy wstawali z sejmowych ławek,
Kiedy wchodzili Zadziwiłł i Sławek.
Dziś tylko zielona została mi trawka,
Nie ma już sławy, nie ma i Sławka.
Blask złotych czasów dawno już, zgasł,
Nie ma tych czasów, jest tylko „Czas".

„Czas" na lewo, „Czas" naprawo,
Dziś inaczej nią za rok,
Dziś się szlifom bije brawo,
Jutro cywil jest en vogue.
Nie sprzeciwiać się zbyt żwawo,
Ten jest dobry, kto u sił.
„Czas" na lewo, „Czas" naprawo,
Ale zawsze trochę w tył.

Dziś „Czasu" nie czyta nikt poza mną
I we mnie entuzjazm też zgasł.
Ktoś rzekł: „czas to pieniądz”
I racje miał swą,
Bo trzeba pieniąc pchać w „Czas".
By zyskać poczytność
Co rok zmienia się:
Poglądy, redakcje i druk,
Lecz „Czasu" nie czyta dziś nikt.
Dlaczego? To chyba jeden wie Bóg.

Raz na lewo, raz na prawo,
Dziś inaczej nią za rok,
Raz ze Stronskim, raz z Wieniawą,
Jutro cywil jest en vogue.
Nie sprzeciwiać się zbyt żwawo,
Ten jest dobry, kto u sił.
„Czas" na lewo, „Czas" naprawo,
Ale zawsze trochę w tył.

Książe Janusz, człowiek dużej klasy, próbował się uśmiechać, ale mu to jakoś nie wychodziło. Nie przeszkodziło mu to jednak po przedstawieniu gratulować obu autorom ciętego pióra, bo, jak powiedział książe Janusz, jeszcze za młodu uczono mnie staropolskiego przysłowia: dobry żart tymfa wart i zaprosił autorów, artystów oraz prasę na szampana Zabawa trwała do późna w nocy. Obaj autorzy sypali dowcipami jak z rękawa.

Taką samą zresztą postawę przyjmował Piłsudski. Marszałek był zagorzałym zwolennikiem szopki politycznej i śledził ją pilnie, zwłaszcza w latach ł9ł8-22, gdy był naczelnikiem państwa Wiem o tym z relacji Jana Lechonia, który opowiadał mi o tym z lubością w roku 1944 w Nowym Jorku:

- O ile mnie pamięć nie myli - mówił Lechon - musiało to być w którąś sobotę na początku roku 1921, w okresie karnawału, w tradycyjnym sezonie szopek. Ministrowie, z których większość rozjechała się z Warszawy, nagle otrzymali przez specjalnych gońców wezwanie, aby stawili się wieczorem w Belwederze, na pilne posiedzenie Rady Ministrów, w sprawie wielkiej wagi państwowej. Gdy zebrało się to dostojne grono, marszałek Piłsudski otworzył posiedzenie gabinetu następującymi słowami: „Panowie, jednym z walnych zadań pracy państwowej jest siedzenie opinii publicznej. Zebrałem was tutaj, żebyście zobaczyli siebie samych. Zapraszam panów na przedstawienie szopki «Pikadora»". Po czym Rada Ministrów RP przeszła do sąiedniej sali, gdzie zbudowana była odpowiednich wymiarów scena oraz kilka rzędów krzeseł. Dla Piłsudskiego był specjalny fotel. Większość zebranych ministrów i pracowników Adiutantury Generalnej Naczelnego Wodza bawiła się znakomicie. Śmiano się do rozpuku. Brawa często przerywały dialogi kukiełek W czasie przerwy marszałek Piłsudski, zaintrygowany tym, jak się manipuluje kukiełki, zbliżył się do sceny, podniósł kurtynę i próbował wsadzić rękę i pociągnął za sznurki, którymi operator skryty za sceną porusza misterne laleczki. Operator (nie przypominam sobie dzisiaj jego nazwiska) dał Piłsudskiemu klapsa po ręku i zawołał: „Wara, panie marszałku! Niech pan nie wsadza nosa do tego, co do pana nie należy. To są nasze kukiełki." Piłsudski roześmiał się i nie nalegał. Potem, w czasie przyjęcia, które wydał dla uczestników, z wyraźną przekorą opowiadał o tym incydencie. Było to w myśl dobrej staropolskiej tradycji, sięgającej Stańczyka: nadworny trefniś ma prawo mówić, co ma na myśli i bez pardony rąbać prawdę w oczy, nawet samemu monarsze. W tym duchu pisał nadworny poeta Stanisława Augusta w roku 1781, gdy ten, w setną rocznice bitwy pod Wiedniem, wystawił w łazienkach pomnik króla Jana III Sobieskiego:

Kosztował sto tysięcy,
Ja bym trzykroć złożył,
Żeby Staś skamieniał,
A Jan Trzeci ożył.

Autor, pomimo tego czterowiersza, dalej korzystał z łask i szkatuły królewskiej - zakończył swoje opowiadanie Lechoń.

Dziś, po przeszło pół wieku pobytu za granicą i po oglądaniu rozlicznych widowisk satyrycznych po całym oświecić (jestem ich zawziętym amatorem) musze przyznać satyrze Polski międzywojennej bardzo wysoką ranę. Polskie szopki polityczne były jedyne w swoim rodzaju! Nic podobnego nie widziałem nigdy w świecie.

Marian Kamil Dziewanowski (cetus 1935)



spis treści ↑


Po co Arkonii bal?


Arkońskie bale mają dugą tradycje - tak długą jak sama Arkonia. Pierwsze, organizowane w Rydze, były okazją do integracji tamtejszej Polonii ryskiej. Zgodnie ze znanymi nam przekazami szybko stały się popularne i były walnymi wydarzeniami towarzyskimi, nie tylko dla Polaków.

Przychodzi odzyskanie niepodległości. Arkonia przenosi się do Warszawy i podejmuje normalną działalnością korporacyjną. Powraca oczywiście do organizacji bali. Ich opisy znajdziemy w Księdze stulecia, w poprzednich numerach Biuletynu Arkońskiego i oczywiście w opowiadaniach filistrów-seniorów. Niewątpliwie bale arkońskie wpisywały się dobrze w atmosferę dwudziestolecia międzywojennego. Tego typu zabawy nie były wtedy niczym nadzwyczajnym. Niestety, kataklizm II Wojny (Kwiatowej przerwał także te tradycje. Imprezy towarzyskie organizowane w PRL-u, zwane balami, z prawdziwymi balami miały zazwyczaj tyle wspólnego co wyrób czekoladopodobny z czekoladą. Po powtórnym odzyskaniu niepodległości w 1989 r. tradycja bali zaczęła powracać. Powróciła również Arkonia jako organizacja studencka. Pierwszy bal arkoński po wojnie odbył się w dawnej resursie obywatelskiej w roku ł994. Od tego czasu bale odbywają się co roku i są, w mojej ocenie, udane. Wydaje się jednak, że w ostatnich latach zapał do ich organizacji zmalał. Ostatnio pojawiły się nawet głosy podające w wątpliwość sens organizacji bali. Pragnę wiec wyrazić swoje zdanie (dopóki nie jest niezgodne z uchwałą Koła) - młoda Arkonia powinna nadal organizować bale! Postaram się to uzasadnić.

Pierwszym powodem jest tradycja. Historie bali arkońskich już pokrótce opisałem. Dla Arkonów tradycja zawsze była i jest ważna. Dlatego ją przywołuje jako pierwszy argument. Fakt, że Arkonia organizować bale w Rydze, w Warszawie przed wojną, a nade wszystko przez ostatnie dziesięć lat nie może być pominięty w rozważaniach nad sensem organizacji bali. Oczywiście nie może być przestający. Tradycja ma sens tylko wtedy, gdy jest żywa.

Organizacja balu jest trudnym zadaniem. Wiedzł o tym wszyscy Arkonii, a najlepiej komisarze balowi. Zawsze byłem zdania, że jest to najmniej wdzięczna funkcja w A!, ale na pewno daje wiele satysfakcji. Komisarz pozostawiony sam sobie niewiele jednak może zrobić. Organizacja balu wymaga zaangażowania całej A! Właśnie konieczność zmierzenia się z tak dużym wyzwaniem organizacyjnym jest kolejnym powodem, dla którego A! powinna bal organizować. Często pojawiającym się argumentem przeciwko organizacji balu jest to, że jego organizacja pochłania zbyt wiele cennej energii, że jest wiele innych zadań, które A! powinna podjął. Twierdze, że rezygnacja z balu nie pomoce w realizacji innych zadań. Przeciwnie - może mieć skutki negatywne. A! po prostu utraci pewien potencjał organizacyjny. Mam jednocześnie wrażenie, że niestety dotychczasowe nasze doświadczenia z balem są w pewnej mierze naszą organizacyjną porażką. Otóż nie udało się nam jak dotąd wypracować stałych mechanizmów działania. Obym się mylił, ale mam wrażenie, że każdy kolejny komisarz zaczyna prace od początku. Dobrym znakiem jest powstałe, zdaje się w zeszłym roku, nieformalne kolegium byłych komisarzy. Może koledzy pokusiliby się o stworzenie swego rodzaju „Podręcznika młodego komisarza (balowego)"?

A! jest organizacją wychowawczą. Jej zadaniem jest nie tylko „dostarczenie Krajowi ludzi dobrze myślących" i pracujących, ale także dobrze wychowanych, potrafiących się zachować w równych sytuacjach. Bal jest wspaniałą okazją do „ćwiczenia elegancji". Potrzeba jednak do tego wcześniejszego przygotowania. Przywilejem filistra, nawet tak młodego jak ja, jest narzekać na dzisiejszą A! i wspominać jak to drzewiej bywało. Tak wiec, kiedy ja byłem fuksem zdarzały się „wykłady z elegancji", na których mówiono o tym, jak się zachować, kto komu kogo przedstawia, jak się ubrać na jaką okazje. Myślę, że warto wrócić do tego typu zajęć i to me tylko dla fuksów. (Ja sam chętnie nauczyłbym się prowadzić nie zobowiązujące konwersacje. Brak tej umiejętności stanowi dla mnie problem.) Bal po winien być nadal organizowany, bo stanowi dla młodych Arkonów wyjątkową okazję do odpowiedniego przygotowania i wyrobienia towarzyskiego.

Bal jest również, jedna z niewielu okazji, kiedy mogą spotkać się w przyjaznej i milej atmosferze cale pokolenia arkońskie. Na balach pojawiają się, lub powinni się pojawiać, filistrzy z całymi swoimi rodzinami. Jest to okazja, przy której zacieśniają się wieży Rodziny Arkońskiej. Wreszcie, to już zupełnie mój prywatny punkt widzenia, jest to pewien „trybut", który spłaca młoda Arkonia wobec filistrów. Mnie, jakże młodemu filistrowi uczestnictwo w balu, organizowanym przez Arkonię, sprawia ogromna przyjemność. Szczerze mówiąc - nie chce być tej przyjemności pozbawiony.

To, jak w szczegółach wygląda bal jest dla wszystkich powyższych rozważań drugorzędne. To Arkonia i komisarz balowy uznają jaki charakter ma mieć bal. Na przykład czy ma być w całości imprezą charytatywną, czy tylko jego częśći (aukcja lub loteria) ma mieć takie cele. Podobnie jest z kwestią tego, czy na balu ma być orkiestra czy nie. Arkonia może rozważać i zadecydować o tym, czy za alkohol płacić się będzie oddzielnie, jakie ma być jedzenie itd. itp. (W tej ostatniej kwestii pragnę wyrazić pogląd, że wystawność jedzenia, z jaką mieliśmy do czynienia w ostatnich latach można zdecydowanie ograniczać do owoców, czekoladek i czerwonego barszczyku z pasztecikiem po dwunastej.) Uwalam jednak, że same rozwalania nad sensownością organizacji balu nie powinny mieć miejsca, podobnie jak nie powinniśmy dyskutować nad sensownością istnienia innych imprez czy instytucji arkońskich, które się po prostu sprawdzają

Dałem trzy argumenty za sensownością organizacji bali: tradycja, wychowanie, integracja Rodziny Arkońskiej wraz z przyjemnością jaka daje bal filistrom (wierze, że także barwiarzom i fuksom). Tych argumentów jest zapewne więcej i wielu z nas mogłoby je przytaczać. Bal wymaga dużego wysiłku od Arkonii. Warto jednak sobie uświadomić cele, jakie przyświecają jego organizacji. W moim odczuciu są one głębsze nią tylko przykry dla niektórych obowiązek „organizacyjno-towarzyski".

Na koniec o roli filistrów i ich powinnościach wobec balu. Są one takie same, jak wobec Arkonii jako takiej. Naszą filisterską rolą jest wspieranie na wszelkie sposoby młodych. Wielu z nas uczestniczy w balach i innych podobnych imprezach urządzanych przez „mocnych i wielkich tego oświata". Powinni oni wiec wesprzeć komisarza rada przy organizacji balu arkońskiego. Powiedzieć, jakie standardy muszą być spełnione, żeby bal był imprezą na odpowiednio wysokim poziomie, a nie przypominał kiepskiej studniówki. Filistrzy powinni również wesprzeć bal finansowo. Od zawsze cena biletów jest czynnikiem zniechęcającym. Spotkałem się nawet z przypadkami, że wysoka cena biletu na bal zniechęcała również do samej Arkonii. Możliwości obniżenia kosztów są za to niewielkie (rezygnacja z orkiestry, ograniczenie menu). Po pierwsze filistrzy powinni, moim zdaniem, pomóc w znalezieniu sponsorów. Kwota sponsoringu w wysokości 10 tyś. złotych rozwiązywałaby wiele problemów i pozwalała znacznie obniżyć cenę biletów. Jednocześnie jest to kwota relatywnie niska. Po prostu nie wierze, że przy odrobinie wysiłku i wykonaniu kilku telefonów nie modemy znaleźć trzech, czterech sponsorów, z których każdy wyłożyłby 3 tyś. złotych. Warto również powrócić do dobrego zwyczaju, że każdy filister, nawet nie uczestniczmy w balu, płaci za swój bilet. (Swoją drogą, kiedy byłem fuksem, uczono mnie, że jest to obowiązek faktyczny.) Pomoc filistrów wymaga jednak pewnej aktywności ze strony Arkonów-trzeba trochę podzwonić, odbyć kilka lub kilkanaście spotkań i „wycisnąć filistrów jak cytrynę". I tym miłym akcentem zdrowo-kwaśnym kończę swój tekścik pro-balowy, po smutnej jesieni bez wieczornicy.

Wojciech Z. Dziomdziora (cetus 1995)



spis treści ↑


Spomiędzy regałów


Instytucja biblioteki była z Arkonią zwijana od momentu jej powstania, a powiedzieć można że i wcześniej...

Historia

Jedną z pierwszych organizacji zrzeszających Polaków na Politechnice Ryskiej była Biblioteka Polska. Stowarzyszenie, zwane także konspiracyjnie „Apteką" lub„Kuźnią" ze składek swoich członków utworzyć wcale liczny księgozbiór, obejmujmy głównie polską literaturę piękną. Wspólne lektury, odczyty i prezentacje stwarzały okazję do dyskusji, inspirowały twórczą wymianę myśli, spajają członków wokół narodowej tradycji. Powołującą się do życia Arkonia, bogatsza o doświadczenia wcześniejszych polskich zrzeszeń, dostrzegała role biblioteki w realizacji celów do których zamierzała dążyć. W akcie założycielskim wymieniono ją obok wspólnego lokalu, zebrań towarzyskich i naukowych czy kasy stypendialnej. I tak rozwijana, zasilona częścią księgozbioru „Biblioteki", liczyła w drugim roku działalności stowarzyszenia ok. 2200 tomów. Połowa zakupionych książek pochodziła ze składek członkowskich, reszta zaś z równego rodzaju darów. Księgozbiór podzielony był na pięć działów: historyczno-filozoficzny, artystyczno-literacki, matematyczno-przyrodniczy, techniczno-gospodarski oraz dodatkowy. Podając za: „Sprawozdaniem ogólnym z działalności korporacji Arkonja za II półrocze roku akademickiego 1881/82", tylko w tym semestrze na 1562 (!) wypożyczenia składało się 857 tytułów. Pragnę jednak uspokoić. Te niezwykłe dane opatrzone są cierpką uwagą bibliotekarza: „W ruchu bibliotecznym ubiegłego półrocza daje się dostrzec ten sam fakt, co i lat poprzednich; podczas gdy dział artystyczno-literacki cieszy się największą poczytnością, z działu technicznego korzystano nader nielicznie."

Czytelnia działająca przy bibliotece wyposażona była w 42 pisma periodyczne, w tym w jeżyku polskim: 10 dzienników, 4 czasopisma techniczne, 6 czasopism agronomicznych, 5 czasopism ilustrowanych, 6 czasopism równej treści, 7 czasopism niemieckich, 2 francuskie oraz jedno angielskie. W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości, Arkoni silnie zaangażowani w umacnianie młodej państwowości, skupieni na działalności społecznej, kwestie biblioteczne przesuwają na plan dalszy. O ile w pewnym okresie kwestia ta wydaje się była zupełnie zrozumiała, o tyle później zaczyna wzbudzała pewien niepokój wśród członków stowarzyszenia. Prezes Mieczysław Chodakowski, w roku ł9łł napisze: „Od szeregu lat bibljoteka Arkonji stoi bezużytecznie prawie i pomimo sporadycznie objawianej chęci poszczególnych kolegów, by stan ten uległ zmianie, dotąd sprawa ta była w zapomnieniu..." Zdaniem szacownego antenata, u podstaw tego stanu legł brak odpowiedniego pomieszczenia, brak dobrych bibljotekarzy wśród czynnych Arkonów, a także jakże uniwersalnie brzmiąca teza o Słabnącym zainteresowaniu czytelnictwem w dobie radja i kinematografu. Do rozwijania tej pilnej kwestii Zarząd Związku zdecydował się zaangażować „fachowego rzeczoznawcę", który miałby istniejmy księgozbiór uczynią; w pełni użytecznym. Wnioskując z kolejnych przekazów, plan ten został zrealizowany w zupełności, a biblioteka do wybuchu wojny działała bez zastrzeżeń. Niestety, większości zbiorów nie przetrwała późniejszych wydarzeń.


Dzień dzisiejszy

Jak pokazują arkońskie dzieje, podstawowym warunkiem istnienia biblioteki jest posiadanie własnego lokalu. Od roku problem ten dla Arkonii nie istnieje. Idea funkcjonującej biblioteki zaczyna przybierać realne kształty. W tym semestrze, pierwszy raz w powojennej historii, powołano bibliotekarza. Postaram się teraz przedstawiać sytuację naszego księgozbioru, a ten w chwili obecnej przedstawia się dość osobliwie. Biblioteka liczy 160 tomów. Zdecydowana ich większość pochodzi ze zbiorów Duszpasterstwa Akademickiego przy Filtrowej. Jak świadczą pieczęcie, niektóre z tytułów pamiętają jeszcze „służbę" w bibliotece Departamentu Wyznań MSW. Fakt ten rzutuje istotnie na strukturę księgozbioru, która w przyjętych na potrzebę artykułu kategoriach wygląda jak następuje:

- wokół sztuki (malarstwo, rzeźba, architektura, teatr) - 60pozycji;
- wokół literatury (poezja, proza w równych gatunkach literackich) - 60 pozycji;
- wokół historii (opracowania, analizy, polemiki) - 60 pozycji;
- wokół religii (hagiografia, komentarze, opracowania)- 90 pozycji;
- teologia (głównie dzieła Ojców Kościoła) - 50 pozycji;
- inne (pozycje nie mieszczce się w wymienionych kategoriach) - 50 pozycji.

Nie wszystkie kategorie cieszą się jednakowym zainteresowaniem. Cały księgozbiór został komputerowo skatalogowany i procedura wypożyczeń działa niezawodnie. Już niedługo informacje o poszczególnych pozycjach (info podstawowe, wizerunek okładki, recenzje czytelników) bedą dostępne na płycie CD, a może i w Internecie. Rusza Wydawnictwo Biblioteki Arkonii; pierwszą pozycją ma być „Gaudeamus", zbiór niepublikowanych dotąd opowiadań fil. Mieczysława Jałowieckiego. Na pierwodruk czekają w archiwum pamiętniki innych Arkonów, w planach są też reedycje przedwojennych powieści korporacyjnych.

O nowy ład biblioteczny

Pozostaje kwestia charakteru naszej biblioteki, a dokładniej mówiąc tytułów wchodzących w jej skład. Określenie spójnego planu modernizacji wydaje się być niezbędnym. Nieco inne priorytety kierować rozwojem księgozbioru w XIX wieku, kiedy nie istniało państwo polskie, odmienne w dwudziestoleciu międzywojennym; warto zastanowią; się nad obecnymi. Inna była także sytuacja na rynku księgarskim. Obecnie mamy do dyspozycji szereg szczegółowych pozycji z wielu dziedzin wcześniej niedostępnych. Biblioteka Arkonii nie powinna starać się zastąpić; BUW-u czy bibliotek wydziałowych bo i zastąpić ichnie może. Podstawową cechą naszego księgozbioru powinny byż starannie dobrane tytuły. Na myśl przychodzą dwie dziedziny. Pierwszą można określić jako pozycje „które każdy fuks znać powinien, a których lekturę barwiarz przechowuje głęboko w pamięci". Druga to zbiór pozycji z wielu dziedzin o charakterze wprowadzającym, który pomógłby, w myśl cenionego przez nas wszechstronnego wykształcenia, przybliżyć chemikowi „świat" socjologów czy ekonomistów, a prawnikowi czy historykowi zaznajomią; się z nowymi odkryciami w fizyce czy medycynie. Aby taki stan osiągnąć potrzebna jest współpraca wszystkich członków stowarzyszenia. Uwagi o tym, czego w bibliotece brakuje, lub jakimi lekturami chcielibyśmy się podzielić, są do tego pierwszym krokiem. Tylko wtedy biblioteka będzie żywa, tylko tak spełniać będzie pokładane w niej nadzieje, a bibliotekarz z pewnego rodzaju dumą będzie mógł wypowiadać słowa „przykro mi, właśnie wypożyczyłem..."

Tomasz Jadowski (cetus2000)



spis treści ↑


Ale szopka


Jak co roku zbliżają się Święta Bodego Narodzenia. Okres, w którym dostajemy masę kart z najlepszymi życzeniami. Modemy na nich obejrzeć zimowe krajobrazy, choinkę czy szopkę. Ten ostatni element w okresie od grudnia do lutego jest też obecny w naszych kościołach.

Nasuwają się refleksje zwężane ze zwierzętami przedstawianymi przez artystów w wizerunkach szopki. Zgodnie z tradycją powinny się tam znaleźć: osioł, wół i owce. Ale jak powinny wyglądać te zwierzęta i czy tylko one znajdowały się w szopce?

Artyści - szczególnie ci, których obrazy są na świątecznych kartach pocztowych - umieszczają czasami w szopce bardzo zróżnicowaną menażerie. Można przyj 'as, że poza wymienionymi wyżej gatunkami zwierząt, obecność konia, słonia, wielbłąda a raczej dromadera - czy psa jest możliwa. Tak jak pies jest naturalnie obecny przy wypasanych stadach, tak zwierzęta ubytkowane jucznie czy wierzchowe także mogły znaleźć się w szopce, np. gościnnie wraz z Mędrcami-Królami. Umieszczenie żaby, myszy czy Buczka - które to widywałem na kartach pocztowych jest możliwe, chociaż chyba jest już niejakim nadużyciem dotyczącym wyobraźni artystycznej i rzeczywistości. Ale widziałem też szopkę - na karcie pocztowej - w której była świnia! Wśród zwierząt utrzymywanych przez, bądź co bądź wierzących żydów!!! Zgroza.

Nie spotkałem - może poza jednym wyjątkiem -zwierzęcia, które powinno być przy żłobku narodzonego Jezusa. Mianowicie kozy. Wszak owce i kozy były - i są nadal chociażby właśnie na Bliskim Wschodzie - utrzymywane w stadach mieszanych (jeśli artysta tam nie był, to znajdzie dowody w Biblii lub filmach popularnonaukowych w telewizji). Trudno sobie wyobrazić, aby pasterze wpuścili do szopy, w której narodził się Jezus, jedynie owce, a oddzielili kozy. I co z nimi zrobili?

Powyższe uwagi wskazują na błędy artystów wynikaj że z nieznajomości Biblii, regionu w którym przyszedł na świat Jezus i sposobu utrzymywania zwierząt przez lud pasterski jakim byli Żydzi. Są to poważne błędy merytoryczne i niestety trzeba przyznać, że rzadziej się je spotyka w dziełach starych mistrzów w porównaniu do równego rodzaju współczesnych obrazów. Może ongiś tzw. ogólne wykształcenie było lepsze, dogłębniejsze nią dzisiaj.

Trochę innym zagadnieniem jest wygląd przedstawianych w szopkach zwierząt Trudniej to zauważyć w naszych kościołach, gdyż budowniczowie i widzowie szopek są zapewne Polakami. Ale patrząc na karty pocztowe przychodzie z równych miejsc na świecie można stwierdzić, że przedstawiane na nich owce czy bydło są bardzo różnorodne. I nie dziwota, gdyż każdy z artystów kopiował to co wcześniej widział -zwierzęta ze swego kraju. Bo np. w odniesieniu do owiec nasuwają się pytania: czy zwierzęta w szopce powinny być rogate, czy bezrożne; białe czy barwne; z wełną jednolitą czy mieszana; z ogonami długimi czy krótkimi itd. Pytania można mnożyć i odnosić do równych gatunków zwierząt. Artyści jak wspomniałem przedstawiają zwykle swe rodzime wizerunki zwierząt.

W polskich szopkach owce są z reguły rogate (przynajmniej samce), białe, z mieszaną wełną i długimi, cienkimi ogonami. Przypominają nasze rodzime rasy: świniarkę i polska owce górska (cakla). Jest to chyba uwarunkowanie historyczne, gdyż przynajmniej w ostatnim półwieczu takich owiec w Polsce była zdecydowana mniejszość. A przecież dwa tysiące lat temu na terenie Izraela takich owiec w ogóle nie było.

Można bez wielkiego błędu założyć, że ówcześnie występujące na terenie Izraela owce przypominały występującą tam dziś rasę awassi, o której wiadomo, że istniała już parę tysięcy lat temu. Czyli były to zwierzęta niezbyt duże, z białą, mieszaną wełną, ale barwnymi (bazowymi, rzadziej szarymi lub czarnymi) głowami i nogami (niektóre zwierzęta mogły być całe kolorowe). Samice są prawie zwykle bezrolne, a tryki rogate. Mają dość długie zwisając uszy, profil głowy tzw. rzymski i grube, tłuste ogony (rasa ta nalepy do grupy owiec tłustoogoniastych magazynujących tłuszcz w ogonie). Dowody, iż tak właśnie wyglądały owce w szopce narodzonego Jezusa można znaleźć w Biblii. Zatem były to zwierzęta raczej niepodobne do europejskich, nawet do naszych prymitywnych owiec. Kozy, o których twórcy szopek zapominają, prawdopodobnie przypominały zwierzęta ras: damasceńskiej i być może nubijskiej, które są rozpowszechnione na Bliskim Wschodzie (i nie tylko). Zwierzęta te maja barwną dość długą sierść - od koloru kremowego, poprzez czerwony, bazowy, aż do czarnego. Głowy garbonose (tzw. rzymski profil), rogate (chociaż trafiają się też bezrogie), z długimi obwisłymi uszami. Są użytkowane wielostronnie. Czyli także zwierzęta wyglądające inaczej nią nasze europejskie kozy.

O innych gatunkach zwierząt nie będę pisał. Wydaje mi się jednak, że patrząc na szopkę - w kościele czy na jakimkolwiek obrazie - musimy pamiętać, że jej twórca niekoniecznie odtworzył rzeczywistość sprzed dwóch tysięcy lat. Przedstawił swoja wizje, która zapewne także w wielu innych elementach odbiega ona od ówczesnych izraelskich warunków. Modemy te wizje artystyczną korygować i sprowadzać do historycznych realiów. Jest to zabieg ważny z punktu widzenia poznawczego, ale nie mający znaczenia w aspekcie wiary.

Warszawa, grudzień 2001
Zbigniew Jan Tyszka (cetus 1982)



spis treści ↑


Wspominki z oflagu


1.

W oflagu w Woldenbergu siedzieli m.in. z dwaj bracia Popielowie. Przyjaźnili się z innym jeńcem, Kazimierzem Michałowskim, znanym profesorem śródziemnomorskiej archeologii na Uniwersytecie Warszawskim, a po wojnie przez długie lata wicedyrektorem, przy prof. St. Lorentzu, Muzeum Narodowego w Warszawie. Popielowie urządzali dla niego małe przyjątka, z prowiantów zaoszczędzonych z przysyłanych do obozu amerykańskich i "rodzinnych" paczek. Dla podtrzymania tradycji rodu Popielów uczestniczyła w tych agapach także trzymana w klatce na stole mysz.

Obaj bracia mieli niewyparzone gęby, przy czym jeden z nich był bardzo pobożny. Codziennie spędzał godzinkę na modlitwie i pobożnych lekturach. Stawał przy pryczy, na środkowej (prycze były trzypiętrowe) kładł pismo święte i czytał. Gdy ktoś mu w tym przeszkodził, poirytowanym głosem odpowiadał: "Odp...l się sk...synu jeden, nie widzisz, że się modle?". Dbał także o tradycje rodzinną - czego przykładem była mysz - i tak kiedyś w dyskusji o poszczególnych polskich rodach źle wyraził się o Rzepisze: "Te k...we Piast kupił sobie za popielową forsę."


2.

Inna opowieść dotyczy jednego z dwóch braci Serwatowskich, jeńców oflagu lic. Jest ona zresztą opisana w kilku książkach o tym samym obozie. Na któryś dzień zapowiedziana była inspekcja obozu przez niemieckiego generała. Ppor. Jan Serwatowski, znając niemiecką psychikę, doszedł do wniosku, że niemieckie obozowe dowództwo, pod wrażeniem wizyty po prostu potraci głowy. Postanowił to wykorzystać. Pod impulsem chwili naładował kieszenie płaszcza amerykańskimi papierosami (z paczek Czerwonego Krzywa) jako wymienną walutą i gdy generał opuszczał obóz ruszył kilkadziesiąt kroków za nim przez bramę. Zaczepiony przez wachmana "wohin?" odpowiedział "mit dem General...i przeszedł.

Nie przewidział tylko jednego - że generał, zamiast zatrzymać się w kasynie na przygotowanym obiadku, zaraz za bramą wsadzie do samochodu i odjedzie. Niemcy odetchnęli z ulgą, potoczyli wzrokiem dookoła i ku swemu zdumieniu ujrzeli paręset metrów od obozu oddalającego się przez pole samotnego "gefangena". Oczywiście zwinęli go natychmiast i doprowadzili z powrotem, tym razem do obozowego aresztu, komentują "so eine bodenlose Frechheit". Tak zakończyła się najbardziej chyba psychologicznie i praktycznie rozegrana próba obozowej ucieczki.

Wspominki fil. Romana Sroczynskiego
z obozu jenieckiego (oflagu) w Woldenbergu (dziś Dobiegniew)
z czasów drugiej wojny oświatowej
zanotował w marcu 2002 roku
fil. Henryk Manteuffel-Szoege.



spis treści ↑